..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
   » Menu

   » Recenzje

   Szukaj
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0



-Możesz mieć wszystko! Wszystko po przystępnej cenie! Tylko u nas!
Okrzyki kupców mało nie doprowadzały ich do szału, a żar lejący się z nieba wcale nie polepszał sytuacji.
-Jaki idiota umieścił targowisko przy głównym gościńcu? -marudził jak zwykle Illiannael. Z całej trójki czuł się najpewniej w siodle, a mimo to właśnie on zrzędził najwięcej.
-Zdaje się, że pierwszy kanclerz -zauważyła Kiraan spoglądając z pobłażaniem na męża. -Rzeczywiście dziwny gość.
-Jak ja bym mu doko… -zdał sobie sprawę kto był poprzednim kanclerzem i umilkł w pół zdania.
-No, co byś zrobił?
-Nie drażnij mnie -jęknął w odpowiedzi.
Zaraz za nimi wlekła się na swojej popielatej klaczy Umbriel, niezadowolona z wyjazdu i obrażona na cały świat. Właśnie traciła kolejny rok życia na jakieś “śmiertelnie poważne sprawy” jej rodziców. No i oczywiście wszystko przez Kishkankala!
-Nareszcie! -westchnął, gdy wydostali się z tłumu i znaleźli na otwartej przestrzeni.
Niedaleko od targowych tłumów zauważyli nieznaczną grupkę gwardzistów z jakimś młodym generałem na czele. Obok niego, na kasztanowym koniu siedział nikt inny jak Kishkankal.
-Ja go normalnie zabiję! -warknął Ili. -To przechodzi ludzkie pojęcie!!! Po cichu, mówiłem, że ma nie robić zbędnych sensacji, a ten idiota zebrał tu połowę gwardii przybocznej ojca!
Zapewne posypałyby się ostrzejsze słowa, ale były książę właśnie ich zauważył i pomachał wesoło jak naiwne dziecko. Co najmniej połowa kupców gapiła się teraz na trójkę niepozornych podróżnych. Niektórzy rozpoznawali byłego kanclerza i zaczęły się szepty. Coś, czego czarodzieje nie lubią najbardziej.
-Panie Ananke!!! -wykrzyknął na całe gardło, podjeżdżając do znajomej postaci nauczyciela, który właśnie zeskoczył z siodła.
Kiraan rozpaczliwie dawała mu znaki, że zaraz zginie, ale nie spoglądał w jej stronę. Czasem nietrudno o tragedię.
-Uch, ty!!!
Ki odruchowo zasłonił się ramieniem robiąc przy tym niezręczny unik.
-Nie będę cię tłukł przy ludziach! W ogóle, cię nie będę tłukł, brzydzę się!
-Bogom dzięki -westchnął cicho. -Możemy ruszać w drogę, za pięć godzin powinniśmy już być w Secht-Timoe.
-Pięć godzin -powtórzyła machinalnie Umbriel, ale nikt jej nie słuchał.
-Dobrze, możemy jechać! Co to za goryle? -wskazał na gwardzistów krążących jak sępy między straganami.
-Matka się uparła. Jeden z nich ma towarzyszyć nam w drodze...
Illiannael posłał uczniowi zabójcze spojrzenie.
-Ale nie musi -dodał pośpiesznie Ki, przełykając głośno ślinę.
Nauczyciel przytaknął z satysfakcją, po czym oznajmił uroczyście:
-Od tej pory nasza droga prowadzi na północny-wschód!

Maory wprost nie mógł się nacieszyć swoim nowym zadaniem; wrzeszczeniem do otępiałego tłumu i zapowiadaniem swojego występów swojego mistrza. Trwało to już jakiś czas, a przynosiło zaskakująco wysokie dochody. W mieście mówiło się o nim Szafirowy Nekromanta. Nie miał pojęcia dlaczego i nie chciał wiedzieć. Czuł się zażenowany do granic w roli czarodzieja, ale jak zwykle nie okazywał co sądzi o tym całym cyrku. Kiedyś i tak zginą. Wszyscy.
Wchodził zawsze powoli, z tą samą obojętną miną. Omiatał wszystkich pogardliwym spojrzeniem, od którego włos jeżył się na karkach, po czym Maory pytał poważnym głosem rozentuzjazmowanego kapłana:
-Czy ktoś z was ma tyle odwagi w sercu, by spojrzeć w oczy zmarłej osobie? Wystarczy podać imię!
Ktoś z tłumu zawsze podnosił nieśmiało rękę. Tym razem był to młody gwardzista o szczerym obliczu.
Deski skleconej na poczekaniu sceny zatrzeszczały pod nim, jakby zaraz miały pęknąć.
-Jak się nazywasz?
-Berdred.
-Czyją duszyczkę chciałbyś przyzwać?
-Mojego dawnego przyjaciela, Griffa Ismouda.
-Zaraz będziesz miał okazję stanąć z nim oko w oko!
Jozuel dzikim szeptem inkantował zaklęcie. Znaki na jego lewej skroni rozjarzyły się krwawą czerwienią, twarz pobladła, zamknął oczy. Wyglądał jak upiór z opowieści jakimi straszyło się dzieci w Loreai. Ku radości zgromadzonych zwrócił się w stronę gwardzisty. Tamten miał trochę inne zdanie na ten temat. Właściwie to bardzo chciał teraz uciec, ale było już za późno.
Jozuel otworzył oczy. Nie były pospolicie piwne jak przed występem, tęczówka świeciła chabrowym odcieniem granatu.
-Czemu mnie wzywasz, Berdredzie? -zapytał niskim, obcym tonem. Obcym dla Maorego.
-Gri-griff? -wykrztusił przerażony żołnierz.
-Tak?
-Ja… ja chcę ty-tylko… kto cię zabił, Griff?
Przez chwilę chabrowe, spokojne oczy spoglądały na towarzysza broni w ziemskiej wędrówce życia, po czym intensywnie wlepiły wzrok w deski sceny.
-Welsper Astari.
-Griff…
Kiedy znów na niego spojrzał, nie było śladu po głębokim spojrzniu niebieskich oczu, tęczówki zmieniły kolor z powrotem na jakże często spotykany, piwny kolor.
-Rozmawiałeś minutę, zapłacisz okrągłego GoldenPie’a (waluta krajowa).
Zawiedziony żołnierz zapłacił należną cenę i odszedł zniesmaczony zdzierstwem wróża, który to znowu zniesmaczony był swoim tytułem.
-Wracajmy do zajazdu -mruknął do swojego sługi, po czym zszedł ze sceny, nie zważając na okrzyki dezaprobaty ze strony widzów. Każdy chciał porozmawiać ze znajomym, przyjacielem, członkiem rodziny, który odszedł już na tamten świat, nawet jeżeli miałoby to zależeć od kaprysów niemiłego jegomościa imieniem Jozuel, a w skutkach straciliby jedynie złotą monetę i zdwoili ból po odejściu bliskiej osoby.
Maory przerwał liczenie pieniędzy i ruszył za mistrzem do pobliskiej karczmy, gdzie od dobrych trzech miesięcy wynajmowali dwie izby.
Przebyli zakurzoną uliczkę pełną ludzi, w przypadku Jozuela brodząc w niesomowicie lekki sposób, gorzej było z jego sługą, co chwila wpadających na kupców i kupujących. Skręcili po tej przeprawie w cichą, prawie pustą alejkę prowadzącą na wzgórze, skąd roztaczały się wspaniałe widoki zarówno na miasto jak i gaje cytrusowe na pograniczu z fortyfikacjami Loreai. A tak się składało, że ich miejsce postoju znajdowało się niewielki kawałek od szczytu wzniesienia.
Czasem Jozuel siadywał przy oknie i godzinami potrafił zapalczywie wbijać wzrok w pałacowe mury. Mury, które albo wejdą w jego posiadanie albo zostaną zburzone, innych możliwości nie przyjmował do nastawionego na wygrywanie umysłu nie przyjmował. Świat miał się kręcić wokół niego albo zatrzymać swój bieg dla wszystkich. Albo to i to.
Przyszło mu też oczywiście na myśl, że gdzieś tam jest jego “wspaniały” brat, który zdobył w życiu wszystko. Pieniądze, stanowisko, szacunek, miłość matki. Dlaczego on? Pytanie przewijało mu się gorączkowo w myślach. Miał już przygotowaną odpowiedź. Zawsze miał. Nie byłem dość potężny.
Potęgę można zdobyć. Istotom bez duszy, ale z analitycznym umysłem i odpowiednimi umiejętnościami nie trzeba wiele do zdobycia wysokiej pozycji w świecie polityki. Iść podstępnie, nie iść wcale. Jego własna, lisia droga życia.
-Ile? -zapytał od progu Thetyr.
Jozuel skrzywił się złośliwie mijając go z obrzydzeniem. To on wpadł na pomysł, by zdobyć pieniądze pokazami z wykorzystaniem jednej z odmian Czarnej Duszy.
-Prawie sto złociaków -rzekł Maory rzucając na stół sakiewkę z pieniędzmi.
-Tylko… -nauczyciel mało nie zaczął swojego wywodu, ile to on nie płaci za te dwie izby. Co prawda Maory dobrze wiedział, że conajmniej czwartą część pieniędzy nauczyciel zgarnia do kieszeni, ale nic nie mówił. Po co obarczać się kolejnym trupem? Teraz też kątem oka spojrzał na swojego pana. Nie był zbytnio zadowolony.
-Maory -rzekł cichym, rozkazującym tonem. Sługa zrozumiał bez zbędnych wyjaśnien. Wyszli do pokoju obok zostawiając zdezorientowanego pana Syrse w samotności.
-On mi się nie podoba -syknął Jozuel, jakby to wszystko miało wyjaśniać.
Maory zawsze mógł chodźby opóźnić wyroki swojego pana. Jego zdanie uważał za niemal równe swojemu. Zdanie pierwszej osoby jaka mu zaufała, jaka nie służyła mu ze strachu.
-Według mnie jest jeszcze… przydatny i… może być później dobrym… sojusznikiem? -zakończył wypowiedź pytaniem, bo nie miał czasu, żeby to przemyśleć, a jego pan nie potrzebował czasu.
-Chodzi ci o politykę -stwierdził Jozuel.
-Tak -odparł głucho Maory. -Tak, panie.
Jego władca przytaknął powoli, z rozwagą podejmując decyzję. Thetyr nie zginie. Do kiedy Quijimm będzie go bronił, wytrzyma towarzystwo “pana” Syrse. Tyle może zrobić. Ale jeden fałszywy krok, jedno krzywe spojrzenie…

Pustynia z lotu ptaka wygląda jak połacie nieużytków ciągnących się po kres horyzontu. Punktem widzenia człowieka jest tętniąca życiem, niezmierzona, zaskakująca, dzika. Punktem widzenia stałego mieszkańca pustyni, będącego częścią jej fauny, jest polem bitwy, gdzie każdy dzień może skończyć się w najmniej oczekiwanym momencie.
W niewielkiej osadzie, Secht-Timoe ludzie powoli przyzwyczajali się do dwóch punktów widzenia. Ludzkiego i zwierzęcego. Bo jakby nie patrzeć człowiek klasyfikuje się do królestwa zwierząt. Niewielka oaza nie mogła wyżywić całego miasteczka, nawet jeżeli wszyscy, od najmniejszego dziecka do najbardziej sędziwego ze starców zaczynałby post już miesiąc po plonach. Musieli walczyć o życie jak zwierzęta, by nie zginąć jak one w żołądku grubego poborcy z Loreai.
Nie mieli ufności do ludzi ze stolicy (i vice versa), podróżnych traktowali sucho, przyjmowali jak skazańców. Nic więc dziwnego, że gdy w łunie zachodzącego słońca, cienie oblane purpurą zbliżyły się do ich glinianych lepianek, większość pochowała się w zacisznych, nagrzanych dziennym upałem domostwach.
Nawet przy studni, gdzie przed chwilą roiło się od plotkujących wieśniaczek pozostał tylko kurz unoszący się w powietrzu jak widmo niedawnej grupy gawędziarskiej.
Tylko jedna osoba nie ruszyła się z miejsca. Zakapturzony jegomość wpatrywał się z zaciekawieniem w wędrowców, którzy spokojnie poili konie przy korycie dla bydła. Był niewysoki, można powiedzieć drobny. Ubrany w najgorsze łachmany, powyciągane spodnie, przetartą kamizelkę i luźną koszulę. Mógł się poszczycić jedynie pasem ze zmoczej łuski, do którego przymocowany był kozik połyskujący niebezpiecznie w nikłym świetle gasnącego dnia.
Podszedł do nich śmiało, przyjrzał się zmęczonej twarzy czarnowłosego maga i wybuchnął szczerym, acz podejrzanie wysokim śmiechem.
-Illiannael Ananke, co pan tu wyrabia w środku nocy?
Zaskoczony czarodziej uniósł brwi w nieograniczonym przypływie zdumienia.
-Skąd…? -zaczął pytanie, ale urwał, mocno szarpnięty za ramię.
-Wszyscy za mną! -zawołał zakapturzony. -I tak nie znaleźlibyście żadnego schronienia, a ja znam ich nad to.
Przeszli szybkim krokiem kilka wydeptanych uliczek, konie zostawiając uwiązane u wodopoju. Ów dziwak wyjaśnił im, że tutaj nikt nie ruszy “plugawej szkapy” ze stolicy i nie ma się o co zamartwiać.
Nagle zatrzymali się pod rozwaloną, drewnianą szopą. Przez mały lufcik przy samym dachu sączyło się światło, a z licznych dziur strzechy wylatywały kłęby dymu. Najlepsze znaki, że ktoś pali ognisko. Zapach mięsa. Najlepszy znak, że ktoś będzie jadł. Burczenie w brzuchu Kishkankala. Znak, że ktoś tu jest głodny. Zresztą, nie tylko on. Nawet Umbriel wierciła się niecierpliwie w miejscu, gdy zakapturzony otwierał drzwi szopy.
Nadal nie byli pewni, czy mogą mu ufać, ale głód… Z pewnością nie zawsze człowiek panuje nad swoimi instynktami. Stara racja.
-Wchodźcie!
Nie musiał długo ich namawiać. W środku rzeczywiście płonęło ognisko. No i stał rożen. Najwspanialsze, tłuste gryzonie skwierczyły obracane nad żarem. Obracane. A pomagał im w tym nikt inny jak…
-Nitro! Nitro, Szczur Loreai! -krzyknął Ili tonem “wiedziałem!”.
-Pa-pan… go zna! Pan zadaje się z… z…
-Nitro SZAKAL Loreai -przedstawił się z szerokim uśmiechem. -A ty, Illian, złotko moje, nie wyzywaj mnie od gryzoni! No, chociaż może zapaszki z mojej kuchni tak na ciebie wpłynęły…
-Na pewno! -warknął mag. -Nie tknę twojego żarcia, nawet jakbyś mnie zmuszał boskimi mocami!
Spojrzał wygłodniałym wzrokiem na ochłapy mięsa, ale juz zdecydował. Nie ruszy tego, nawet jeżeli to najgłupszy z rodzajów upartości.
-Widzę, że masz nowego współpracownika! -wskazał na zakapturzoną postać.
-Nie poznałeś? -żachnął się złodziej. -Zdejmuj maskę, mała!
-Ma-mała?
Zanim się zorientował mieli przed sobą nie tajemniczego jegomościa, a drobną, niebrzydką kobietę po czterdziestce. Szpeciły ją tylko liczne blizny i zadrapania na twarzy.
-Pamiętasz Sahdę, moją siostrę?
Ili nie słuchał, patrzył to na kobietę, to na Nitro. W końcu przeniósł wzrok na swoich towarzyszy i wyszeptał tak, żeby tylko oni mogli zrozumieć stare powiedzenie swojego brata, Gyasa:
-Bogowie muszą być szaleni…

Ze świtem przychodzą dobre i złe wieści. Przynajmniej dla czytelników Gazety w Loreai. Dziś wielki nagłówek pierwszej strony nie wróżył nic dobrego.
-“Zmarł trzeci kanclerz Loreai” -czytał w swoim biurze Gyas. Jak zwykle na głos. -Blabla… “szczere kondolencje” akurat! Mhm… “okoliczności nie zostały ustalone przez żadne z bractw czarnoksięskich. Adrani z Oon, dorzecza Vievienilu oraz gór Zen składają modły…” blablabla, o! “istnieje hipoteza, iż uzyto czaru wymagającego krwi rodu Ciemnego Pana, co stawia w podejrzeniach pierwszego kanclerza, Illiannaela Ananke…” uch, bracie! Wrabiają cię na fest!
Zadudnił nerwowo palcami o blat biórka. Ili zawsze sobie radził. Miał szczęście. Największe, chrzanione szczęście pod sklepieniem niebieskim. Sprawa nie wyglądała jednak najlepiej. Tym całym wyjazdem może jeszcze pogorszyć sprawę.
-Limit krwi rodu Ciemnego Władcy -mruknął do siebie. Tak, to by był dowód. Bardzo wiarygodny dowód. A Ili byłby zdolny zabić. Nie, nie! Jemu się wydaje, że byłby zdolny. Nie zabił Kishkankala. Z pozoru był twardy, bo… naprawdę był! Co nie zmieniało faktu, że miał swoje granice. Miał ludzką krew. Duszę. Ale kto może mieć jeszcze krew najwyższego z rodu bogów?

-Panie Jozuelu!
-Czego znowu?
-Ja nawet nie zauważyłem!
Maory podyndał mu przed oczami poranną gazetą. Jozuel o dziwo gwałtownie wyrwał mu ją z ręki i przewertował szybko pierwszą stronę.
-Quijimm! -warknął ze zmarszczonymi brwiami. Znak na jego skroni rozjarzył się w przypływie gniewu. -Ja tego nie zrobiłem!
-Co…?
-Illiannael.

Król obmył twarz i jeszcze raz spojrzał w zawieszone przed nim zwierciadło. Czarna, prosta szata. Coś, czego tak bardzo nienawidził. Że też ten staruch musiał umrzeć! Teraz musi porzucić łańcuchy, diamenty, naszyjniki i udawać pogrążonego w żałobie. Nawet nie znał trzeciego kanclerza! Następnym razem znajdzie kogoś silnego, najlepiej nieśmiertelnika, kogoś jak Illiannael. To zaoszczędzi mu kłopotu.
Najlepiej zrobić turniej. Ludzie uwielbiają takie imprezy. Będzie też pretekst do chwilowego przerwania żałoby. Nie ma jak dobra uczta! Zamieści w kolejnej gazecie ogłoszenie… Nie! Lepiej! Niech jego ukochani, nieprzydatni politycy ogłoszą to wśród ludu. Będzie większe zainteresowanie. A większe zainteresowanie równa się większa popijawa.

Cały poprzedni wieczór przesiedzieli przy ognisku, jedząc szczurze mięso (książe stwierdził, że to lepsze od “kuchni zamorskiej” serwowanej w pałacu) i rozmawiając o tym, czy o tamtym. Nieszczególne pogawędki. Illiannael uparł się, że nie będzie jadł, chociaż żołądek przyrósł mu do kręgosłupa. Nie włączał się też do rozmowy. Położył się na kępce siana i udawał, że śpi. Robił to na tyle dobrze, że tylko Kiraan i Umbriel od początku wiedziały doskonale co się święci. Uparł się i tyle. Tylko i aż tyle.
Nad ranem został obudzony w znajomy sposób. Kopniakiem.
-Wiesz co, Kiraan, kiedy braliśmy ślub w Greenshield myślałem, że z twoimi skłonnościami będziesz mnie budziła pocałunkiem czy jakoś tak -mamrotał bardzo powoli i leniwie, nie do końca rozbudzony.
-Grubo się myliłeś! -odparła z uśmiechem, ale kiedy stwierdziła, że wszyscy jeszcze śpią, kucnęła i cmoknęła go w policzek. Z satysfakcją stwierdziła, że nadal nie wie co robić w takich sytuacjach, więc strzelił tylko głupią minę. Przez chwilę nic nie mówili, po czym postanowił przerwać ciszę i powiedzieć coś, co leżało na jego zimnej duszy tyle lat:
-Koch…
-Przestańcie, bo jak was zalewa słodyczą, mnie zalewa goryczą -przerwał mu Nitro zrywając się ni z tego ni z owego ze swojego posłania. -Właściwie jeszcze nie wiem gdzie idziecie, ale jak można zarobić to mnie rączki świerzbią! -dorzucił na wpół obojętnym tonem widząc zabójczy wzrok Kiraan i zimne spojrzenie niebieskich oczu Illiannaela.
-Sprawa dotyczy mnie, może ja powinienem wyjaśnić.
Kishkankal też był już rozbudzony, nawet Sahda podciągnęła się już z posłania, tylko Umbriel pochrapywała w kącie. Nikt nie protestował, więc książę zaczął mówić:
-Jak zapewne wiecie, jestem synem króla królów, Wielkiego Władcy, a moim przeznaczeniem było zostać jego następcą -ledwie zignorował ironiczne pogwizdywanie Nitro. -Ja… całkiem niedawno zrezygnowałem z tego… zaszczytu, a pan Ananke, którego najwidoczniej mieliście okazję poznać pomaga mi w poszukiwaniach mojego następcy. Nie mamy określonego celu, ale najprawdopodobniej udamy się do Aker, to duże miasto, na dodatek zatrzymuje się tam wiele książąt, by podziwiać spuściznę kultury elfów, możliwe że znajdziemy odpowiednią osobę właśnie tam.
Gdy mówił Sahda bazgrała coś patykiem na piasku. Nie zwracał jej uwagi, ale irytowała go ta ignorancja. Pozorna.
-Jeżeli wyruszycie do Aker przez całą drogę nie będziecie mieli szansy na postój. Zajmie wam to jakiś tydzień. Cała droga zajmuje trzy razy więcej, ale właśnie po tygodniu skończą wam się zapasy i zginiecie z wyczerpania.
Wpatrywali się na nią z szeroko otwartymi oczami, bez mrugnięcia.
-Lubiła geografię -wyjaśnił krótko Nitro. -Zawsze była “inna”.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale sprawa została zakończona efektownym dźgnięciem między żebra.
-Jeżeli szukacie wielkich metropolii -kontynuowała wywód- możecie wracać do Loreai, jest bardzo podobna do Aker… może mniej ponura. Wiedzcie jednak, że w wielkich miastach motłoch opanowuje jeden rządca, a reszta ludzi tak zwanej “szlachetnej krwi” roztrwoniła dawno pieniądze i zmieszała się z pospólstwem. W tłumie ciężej szukać.
-Jakieś propozycje? -zapytał przez zęby Illiannael (właśnie go obsmarowała, na dodatek w obecności żony oraz jaśniepajaca).
-Owszem, kilka -uśmiechnęła się kobieta. -Najbliżej na północ będzie do położonych na Półwyspie Dotter, jak wy to nazywacie w stolicy? Małych Ludów. Jakieś piętnaście państw, ale tylko dwa godne uwagi. W pierwszym rządzi od lat ta sama dynastia, ale król ma trzech synów. Możecie sprawdzić jak radziliby sobie na głębszych wodach. Drugie państwo to pełniące funkcję centrum tego motłochu etnicznego Astrine. Żyje tam wiele szlacheckich rodów, a co za tym idzie wielu młodych, wykształconych książąt teoretycznie mogących objąć tron Uenii.
-Teoretycznie -powtórzył Ili. -Jeżeli nie znajdziemy tam, dasz kolejną “niezastąpioną” radę. Kobiety ponoć mają intuicję.
-Czy ja słyszę ironię? -zapytała słodko Kiraan.
-Idę przyprowadzić konie, bo zaraz się pokłócimy…
-A co się właściwie dzieje? -zapytała go zaspanym głosem Umbriel.
-Ta to dopiero ma refleks!

Gyas jako jeden z “ukochanych, kompletnie nieprzydatnych” polityków musiał przyjąć przedziwny obowiązek herolda. Właściwie nie wiedział jak zacząć. Wyjść na ulicę i drzeć się na całe gardło “turniej!”. To nie w jego tonie, poza tym nie nazwał by tych zawodów turniejem. Najpierw spośród chętnych wybiorą poprzez zwykły egzamin dwudziestu najlepszych. Potem będą musieli przekonać ludzi przemową na wylosowany temat. Zostanie dziesięciu, którzy na koniec wezmą udział w walkach zbiorowych po pięciu. Dzięki temu fajerwerki jakie urządzą swoimi wyuczonymi na pamięć zaklęciami będą niezłym widowiskiem dla pospólstwa. Kiedy zostanie już tylko dwóch największych emocji dostarczą wysoko postawionym urzędników. Walka na zjadliwe słowa, spojrzenia, a dopiero na koniec walka na zaklęcia.
Wszedł w uliczkę prowadzącą na wzgórze. Doskonale wiedział, że tutaj prawie nikt nie chodzi, nie licząc robotników wracających z pracy w sadzie, a i na to nie była pora, więc mógł spokojnie się kompromitować. Przed samym sobą.
-Za tydzień, w przesilenie letnie odbędzie się turniej, dzięki któremu król znajdzie następcę trzeciego kanclerza, który odszedł do Erebu! Potrzebne są zdolności magiczne wysokiego poziomu, a także charyzma oraz dar wymowy! W imieniu Wielkiego Władcy, pozdrawiam was!
Rozejrzał się, aby mieć pewność, że nikt go nie usłyszał i już chciał odejść, gdy poczuł na ramieniu mocny uścisk zimnej, kościstej dłoni. Normalnie w takiej sytuacji odruchowo pytał “czego, Ili?”, ale teraz nie zaznał znajomego rozdrażnienia skradaniem się brata, tylko niewytłumaczalny lęk. Demon. Ktokolwiek złapał go za ramię pochodził z królestwa Lexa, ziemi wiecznie martwej.
-W dzień przesilenia?
-Tak.
-Posada kanclerza?
-Tak.
-Gdzie?
-Pod pałacem.
Ręka rozluźniła uścisk, ale zdaje się że osobnik miał jeszcze coś do powiedzenia, coś ważnego. On coś wiedział. On coś wiedział. I nie mógł wiedzieć nic ponad to.
-Muszę iść -bąknął Gyas i odszedł szybkim krokiem.
Gdy stanął zarogiem złapał się nerwowo za ramię. Z ulgą pozbył się niezwykłego wrażenia, że ktoś trzyma go za ramię.

-Będę kanclerzem -oznajmił beznamiętnie Jozuel przekraczając próg pokoju. Maory wygrzewający się jak wielki kocur na parapecie okna, mruknął jedynie potwierdzająco, wzruszając ramionami. Był już przyzwyczajony do zachowań, zachcianek i ekscentrycznych celi swojego mistrza. Inną postawę przedstawiał Syrse, który odrazu zaczął pod niebiosa wychwalać swojego władcę, ale nie odniósł sukcesu. -Co o tym sądzisz Maory? -zapytał szorstko Jozuel, ignorując płaszczącego się Thetyra.
-To wzmocni twoją pozycję, panie i otworzy ci drogę do tronu -wymruczał Quijimm, mrużąc oczy w zalewającym pokój popołudniowym blasku słońca. -To dobrze...

-Za chwilę dojdziemy do Małych Państw! -oznajmiła znużonym głosem Sahda. -Powinniśmy też ujrzeć morze.
Wierzcie lub nie, kobiety często miewają rację.
Pierwsze gwiazdy ledwie pojawiły się na nieboskłonie, gdy na północnym zachodzie zamajaczyły ich odbicia na spokojnych wodach zatoki Jordul i światła przeprawy celnej Małych Państw. Tylko dla Umbriel i Kishkankala widok nowy, bo wszyscy inni łupili/siali grozę/brali ślub/szukali wyroczni w jednym z nich, a mianowicie spokojnym Greenshield.
-Dlaczego odgradzają się od Uenii? -zapytała nieśmiało Umbriel.
-Zapytaj ojca.
-Tato, dlaczego odgradzają się od Uenii?
-Idź do Iszanala.
-Errgh… KI, DLACZEGO DO JASNEJ CHOLERY ODGRADZAJĄ SIĘ OD UENII!?!
-B-bo… -jak zwylke, rodzice ją wnerwili, a jemu się dostaje. -Widzisz… -czas wyznać smutną prawdę. -Ja spałem na tej lekcji.
Przygotował się na przyjęcie ciosu, ale ktoś na górze się nad nim ulitował i dogoniła ich Sahda.
-Małe Państwa to sojusz przypadkowo zawarty w zamieszchłych czasach przez wielkiego wynalazcę i Mkuu. Podobno miał to być zakład, ponieważ jest, a raczej była to mieszanka wrogich sobie kultur. Mkuu twierdził, że ze sobą spokojnie wytrzymają, natomiast Shira, jego przełożona w bractwie uważała, że będą się kłócić. Z początku mogło się zdawać, że wygra, ale Mkuu użył podstępu i zwrócił przeciwko Małym Państwom wiele większe imperium. Nie mieli wyjścia i zawarli pokój. Setki lat minęło nim nauczyli się żyć w zgodzie, obok siebie, ale gdy już do tego doszło nie chcieli i nie potrafili nic zmienić. Dumni ze swego dokonania nie zgadzają się na całkowite zwierzchnictwo jakichkolwiek sił z zewnątrz, co bynajmniej nie oznacza, że są wrogo nastawieni. Postawili słabą, drewnianą przegrodę nie jako mur, ale symbol. Są jednym państwem podzielonym na tak wiele kultur.
Dojechali już do niewielkiego przejścia w wysokim parkanie ze spróchniałych bali. Zaspany strażnik w przekrzywionej, niebieskiej szlafmycy haftowanej w złote gwiazdki podpierał się o resztki tej prowizorycznej zapory.
-Skąd podróżni przyjechali? -zapytał uprzejmym tonem. Nitro wcześniej obwiązał twarz hustą, w obawie że go rozpozna. W końcu był najsławniejszym rabusiem w dziejach, a gwardziści uczyli się o nim w podręcznikach, jeszcze gdy był dzieciakiem. Bardzo niebezpiecznym dzieciakiem.
-Loreai -oznajmiła z przymilnym uśmiechem Kiraan. -Chcemy odwiedzić Greenshield, podobno nadal jest tam jedna z większych świątyń Zakonu Światła, przeznaczona wróżom. Chcemy sprawdzić przyszłość.
-Bo?
-S-słucham?
-Jeżeli sprawdzacie przyszłość gnając taki kawał z Loreai do tych h… ochsztaplerów z Greenshield to musicie mieć poważny powód.
Illiannael westchnął ciężko widząc zdziwioną, milczącą żonę. Nie mogła nic wymyślić, więc znowu musiał przejąć inicjatywę. Znowu musiał. Wszystko na jego biednej, genialnej głowie.
-Eeeech… Jestem w ciąży!
Wszyscy spojrzeli na czarodzieja dzikim wzrokiem.
-No co? -zapytał z pretensją w tonie.
-Nie wiedziałam… -powiedziała półgosem Kiraan. -Że jesteś w ciąży.
-Co?… A! Nie, nie, to ty jesteś.
-Zdecydujcie się wreszcie! -warknął celnik marzący jedynie o kontynuowaniu drzemki. -Dobra, kto tu jest w ciąży?
-Moja żona -oznajmił Ili. -Nasze poprzednie dziecko było lekko stuknięte, więc chcemy zobaczyć co tym razem.
Umbriel spojrzała bykiem na ojca, ale się nie odezwała. Gdyby celnik dowiedział się, że jest córką tego “młodego” człowieka miałby z pewnością kłopot z przepuszczeniem ich na teren Małych Państw.
-No, dobra! -widać bardzo kusił go odpoczynek, bo podreptał do swojej budki zostawiając im wolną drogę. Kiepska przeprawa celna, ale co poradzić. Jak dają, trzeba brać, jak przepuszczają pewnie przejść.

Maory siedział na balkonie. Spoglądał w gwiazdy, patrzył jak wiatr buja liściami drzew w sadach pomarańczowych, jak poświata księżyca rzuca nikłe odblaski na majestatyczną rzekę Lyrę. Podziwiał widoki i nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Po prostu nie mógł zasnąć, Syrse okropnie chrapał.
-Quijimm!
Podskoczył gwałtownie w miejscu, ale szybko zlokalizował źródło stłumionego szeptu. Na balkonie obok stał Jozuel, spoglądał w ten sam punkt co on przed chwilą. Na rzekę.
-Tak, panie?
-Czemu tu jesteś?
-Pan Syrse chrapie.
Nie słyszał, ale niemal wyczuł prychnięcie swojego mistrza.
-Maory, dla niego ty jesteś panem.
-Jak to?…
-Jesteś moim najbliższym… sługą.
-Dziękuje, panie.
Przez chwilę stali w ciszy, po czym zdobył się na odwagę i zapytał:
-Co będzie jak zrealizujesz swój plan, panie?
-Nic.

Spędzili noc w przydrożnej karczmie, w dosyć porządnych, ale wciąż obskurnych pokojach i spotkali się po śniadaniu w stajni. Każdy dosiadł swojego konia i ruszyli w dalszą drogę.
-Dogra to państwo składające się w połowie z ogromnej skarpy i kopalń złota. Poza tym kilka wiosek i sporej wielkości kamienny zamek -opowiadała po drodze Sahda. -Uprzedzam was, nie śmiejcie się z imion w rodzinie rządzącej. Król zwie się Zgram IV, jego synowie to Ogram, Nagram II oraz, dla odmiany, Faul.
Umbriel spojrzała na nią z powątpiewaniem. Było wcześnie rano, ale udar słoneczny nigdy nie jest wykluczony.
-Wiem, to dziwne -zaśmiała się kobieta. -Ale nie ja wymyślałam tradycje Dogry.
Nitro słodko spał w siodle, a Illiannael patrzył na niego z wyższością. W głębi ducha też by się przespał, ale nie pozwalała mu na to duma.
-Ili, prześpij się -zaproponowała uprzejmie Kiraan.
-Nie!!!
-Nie musisz krzyczeć.
Kishkankal wlókł się za nimi niechętnie, zapewne gdyby mógł galopem wracałby do Loreai. Na półwyspie Dotter było niespodziewanie chłodno, a po rozgrzanej słońcem pustyni to niezbyt miła odmiana. Ciekaw był co odpowiada za rozłożenie klimatu na Złotych Lądach. Jak znajdą kolejnego króla to zostanie druidem i zajmie się tym. W ogóle poświęci się jakimś monotonnym badaniom i zamieszka… gdzieś zamieszka. W przytulnym, spokojnym miejscu, zdala od ludzi, zdala od pałacu, od problemów. Spokojne życie. Trochę przereklamowane, ale brzmi całkiem, całkiem dla człowieka przygotowanego na najwyższy honor, na to że jeżeli będzie słaby, miliony utonie we własnej krwi.
Zaczęli podjeżdżać pod sporej wielkości wzgórze, zza którego wyłaniał się wspaniały widok na kamienny zamek wciśnięty w skarpę.
-Pod nami znajdują się korytarze kopalni złota -oznajmiła Sahda. -Jak zejdziemy na drugą stronę wzgórza będziemy mogli zobaczyć wejścia do szybów.
-Tak, tak -mruknął beznamiętnie Ili. -Tyle, że ja nie mam czasu na zwiedzanie. Chodźmy już do tego zamku i załatwmy sprawę jak najprędzej.
-Tak czy inaczej będziemy musieli zejść na drugą stronę wzgórza.
Minęli owe wejścia oraz szwędających się wokół nich górników w tempie ekspresowym. Illiannael chciał dopiąć swego i co chwila popędzał towarzyszy. Kłusem minęli kilka malowniczych wiosek, aż w końcu weszli w cień zamczyska. Brama prowadząca na dziedziniec była otwarta na całą szerokość, most zwodzony opuszczona, ale nie dało się usłyszeć ni słowa z zalanego słońcem placu. Kwiaty na wielkim klombie uginały się delikatnie poruszane przez wiatr podobnie jak szyldy sklepów opuszczonych przez właścicieli. Cienie chmur powoli przemieszczały się po mozaice z białych, czarnych i czerwonych kamieni. Na drugim końcu stała wysoka brama prowadząca na wewnętrzny dziedziniec. Zamknięta na pokryte rdzą łańcuchy, z wielkimi wyrwami pozabijanymi sosnową deską. Nieopodal, w ścianie murów obronnych ktoś zostawił na wpół uchylone drzwiczki. Najprawdopodobniej prowadziły do korytarzy, które mogły biec tylko w jedną stronę; na zamek.
Podróżni zostawili konie i jeden po drugim wchodzili w śmierdzącą stęchlizną ciemność.
-Schody -szepnął Nitro. -Na górę.
Wspierając się o obydwie ściany powoli posuwali się do góry. Mury nie były wyskokie, a mimo to wydawało im się, że idą całymi godzinami korytarzem zataczającym niewielki łuk w grubych murach zamku. Ich kroki odbijały się echem od chłodnych śnian. Po pewnym czasie na końcu korytarza zamajaczyły smugi białego światła.
-Nareszcie -jęknął Ili, najwyraźniej on, bo tylko jedna osoba potrafi posługiwać się tak marudnym tonem.
Pierwszy doszedł do wyjścia Nitro, zaraz za nim Sahda. Pchnął je dłonią, ustąpiły lekko ukazując błękitne niebo pokryte niewielką ilością puszystych obłoków. Mrużąc oczy wyszli na prosto na…
-Dach zamku! -krzyknął zdziwiony Kishkankal.
-Spostrzegawczy jesteś! -odkrzyknął z ironicznym zaskoczeniem jego mistrz. -Długo nad tym myślałeś?
Nitro szybkim krokiem zszedł po niewielkiej stromiznie i stanął na krawędzi dachu. Sahda oczywiście podążała za bratem, wiele ostrożniej, a co za tym idzie, wolniej.
-Co tam widzicie? -zapytał w końcu Ili.
-Nic ciekawego -mruknął Nitro. -Tyle, że tu nikogo nie ma…
-Ja jestem.
Wszyscy odwrócili się niemal równocześnie, by sprawdzić kto wypowiedział te słowa. Na progu drzwi, którymi dostali się na dach stał ciemnoskóry chłopak. Długie dredy opadały na ramiona, patrzył na nich wesoło czarnymi oczami, uśmiechał się, jakby przed chwilą ktoś opowiedział wspaniały dowcip. Ubrany był w miarę skromnie, ale z pewnością nie należał do “tej niższej” warstwy społecznej.
-Co tu robicie? -zapytał po dłuższym milczeniu.
-Kim jesteś? -odpowiedział pytaniem na pytanie Kishkankal.
-Faul, teraz wasza kolej.
-Szukamy… -właściwie nie wiedział kogo, nie słuchał Sahdy, kiedy jechali do Dogry.
-Musimy porozmawiać z twoim ojcem, książę -wyręczył go Nitro. -Gdzie można go znaleźć?
-Na cmentarzu, nie żyje od trzech lat.
-Och.
Wszyscy patrzyli teraz na Sahdę.
-No co? Ostatni raz tu byłam ze dwadzieścia lat temu -wyjaśniła się kulawo, splatając ręce na piersi. Największy triumf wyczuła ze strony Illiannaela. Nie, nie wyczuła, widać było na kilometr, że rozpiera go duma.
-Chodźcie za mną, porozmawiamy w sali tronowej -powiedział wskazując drugie drzwi. -Prowadzą bezpośrednio do komnat królewskich.
-Mam nadzieję -warknął Ili. -Zdawało nam się, że te na dole tam prowadzą. Zbudowano to tak, żeby potencjalny zamachowca się zgubił, czy jak?
-W Dogrze nie ma zamachowców, jest za to wielu kiepskich architektów -oznajmił z pełną powagą i otworzył drzwi drugiego korytarza. -Tutaj wszystko jest pokręcone -dodał przekraczając próg. Ku ich uldze na ścianie zamocowana była płonąca pochodnia. Faul pomyślał o wszystkim. A przynajmniej o podstawach.
Tak więc chociaż drogę do zamku mieli oświetloną. Korytarz zadawał się w pewnym momencie niemal zataczać koło, innym razem stopnie były niesamowicie krzywe, także nie miało się pewności, czy idzie się w dół, czy w górę. Słowa o architektach Dogry były jednak prawdziwe.
-To tutaj! -zawołał książę. -Przed nami wyjście.
Portal z półokrągłym stropem wyrósł przed nimi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Za nim wielka sala podobnie jak cały zamek straszyła pustką. Zakurzone było wszystko; od trzech rzeźbionych tronów po każdą najmniejszą szybkę witraży zdobiących ścianę za nimi. Świece na pozłacanym żyrandolu wyglądały na powypalane od tysięcy lat, kilka ksiąg leżało przy kolejnym wypalonym ogarku na drewnianym stoliku przy jednym z tronów.
-Gdzie podziali się twoi bracia, panie? -zapytał Kishkankal oglądając poplamione tomiszcza.
-Wyjechali. Ogram jest od roku na dworze Aker, a Nagram poszedł z naszymi kupcami. Mi pozostała rola “naiwniaka”. Będę musiał rządzić całym tym bałaganem.
Illiannael spojrzał po raz kolejny na Sahdę z wyrzutem. Dobrze wiedziała, że nie da jej spokoju do końca wyprawy, ale nie okazywała zdenerwowania. Tymczasem Kishkankal dorwał się do najgrubszej księgi. Nagle odwrócił się od stołu i przeczytał na głos:
-“Astari znaczy Majestat, ale jest to majestat krwawego wojownika. Niejeden z jego ręki zginie, nie jeden ucierpi raniony ostrzem złotym. Oto nadchodzi burza z pustyni Solkhankh, Generał Śmierci.”
Conajmniej połowę mówił z pamięci, a Faul powtarzał za nim szeptem. Illiannael przedrzeźniał ich, na głos wypowiadając jedynie “blablabla”. W końcu skończyli i mógł skrytykować ucznia.
-“Przepowiednie druidów”, stare brednie. Nie dziwota, że miałeś u mojego brata najwyższe oceny, obaj ubóstwiacie takie głupoty. Osoba, która w to wierzy musi mieć nieźle pokotłowane pod czaszką. Musi być tobą.
-Niech pan się nie gorączkuje -odwarknął niespodziewanie tamten. -Te księgi o Traktacie Eliardzkim nie były gorsze, a chciał pan mnie dla nich…
Kiraan kopnęła go z całej siły w goleń. Efekt był nie zupełnie taki jak trzeba; Kishkankal upadł na łopatki z hukiem. Lepsze to niż spanikowany książę ganiający po całej Uenii Illiannaela oskarżonego o próbę zabójstwa byłego następcy tronu. Faul pomógł podnieść się swojemu rówieśnikowi.
-Moi bracia powtarzali dokładnie to samo, ale nie martw się, wyglądasz na dosyć niewiele biedniejszego od tego czarodzieja -pocieszał go, przyjacielsko poklepując po ramieniu. -Może kiedyś go przewyższysz.
-Nawet o tym nie marzy -oznajmił rozbawiony Ili.
-Cóż, skoro tu jesteśmy to może powiecie mi co robicie na opuszczonym od bodajże… roku dworze?
-Jesteś jedynym spadkobiercą Dogry? -upewniła się Sahda.
-Tak, od kiedy moi bracia opuścili królestwo.
-Więc niczego już nie potrzebujemy.
-Och, skoro tu jesteście, zostańcie na noc. Nie będzie problemu z pokojami, mam około dwudziestu sypialni do dyspozycji.

-Dlaczego u nas nie ma takiego łóżka?
-Czego się spodziewałaś po moim starym biurze?
Illiannael siedział w głębokim fotelu obitym jedwabiem, Kiraan położyła się spać. Wielkie, miękkie łoże z baldachimem zajmowało conajmniej połowę pokoju.
-Sądzisz, że znajdziemy następcę w tym drugim państwie, Astrine?
-Bo ja wiem?
-Znowu patrzysz w gwiazdy.
-Nie, nie patrzę.
-Patrzysz.
-Nie patrzę.
-Patrzysz.
-Nie!
Przez chwilę milczeli, ale w końcu Ili oderwał wzrok od okna i zwrócił się w jej stronę.
-Patrzyłem.
-Przecież wiem.
Uśmiechnęła się delikatnie.
-Jesteś niemożliwy.
-Dlatego za mnie wyszłaś.
-Co będzie jak to wszystko się skończy?
-Umbriel pewnie zostanie z Kishkankalem.
-Żartujesz?
-Nie, mówię szczerze. Wiesz, że go nienawidzę, ale jest dla mnie jak…
-Syn?
Zaskoczyła go. Tak, chyba to właśnie chciał powiedzieć. Narazie koniec ze “szczerymi wyznaniami”.
-Ten półgłówek o wyglądzie półdupka? Wątpliwe, raczej jak kula u nogi.
-A co z nami?
-My? My będziemy żyli wiecznie i szczęśliwie.
Zamarła spoglądając mu prosto w oczy.
-O co chodzi?
Było tak cicho, że mogli usłyszeć cichy koncert pojedynczego świerszcza z dworu i swoje płytkie oddechy.
-Ja nie jestem nieśmiertelna.
-Kiraan…
Żywioły natury podlegają prosecom stażenia. Wiedział o tym od dawna. Zawsze wiedział, od dziecka, od tysięcy lat. Więc dlaczego nigdy o tym nie myślał? Za tysiąc lat ona zginie. Tysiąc lat to mało, jeżeli przed sobą ma się wieczność. Kiedy ona umrze zostanie mu pustka. Co wtedy zrobi? Ludzkie uczucia są pogmatwane, banalne, ale potężne.
-Kiraan, wiesz jak mogę zginąć?
-Jest jakiś sposób?
-Dwa. Od czaru zwanego Ripper dozwolonemu tylko bogom albo z własnej ręki.
-Ili, nie wymagam od ciebie takiego poświęcania.
Już nie słuchał, wrócił do patrzenia w gwiazdy.

Słońce w Loreai wschodzi dla niektórych zbyt leniwie, a dla innych znów za szybko. Każdy ma inną sprawę do załatwienia, każdy ma swój wyścig, którym przelatuje cały dzień, by wieczorem znowu posłuchać żab nad Lyrą. Dwadzieścia cztery godziny na dobę toczy się życie; ktoś pracuje, zakochuje się, odkochuje, robi karierę, ląduje na bruku, rodzi się, umiera. Ktoś stara się wydusić ze swojego ucznia więcej niż dwa zdania, by mógł zostać kanclerzem.
-Postaraj się mnie przekonać! Chociaż postaraj!
-Wybrałeś beznadziejny temat, Syrse.
-Panie, od czegoś trzeba zacząć.
-Ta pomarańcza jest niebieska… Nie, to idiotyczne.
Do pokoju wkroczył Maory obarczony trzema obiadami na wynos. Można było łatwo poznać co przyniósł tym razem z knajpy na przeciwko.
-Wynieś te ryby, bo cały pokój zaśmiardnie! -warknął Thetyr marszcząc swój i tak garbaty nos. Sługa już chciał wyjść, ale Jozuel go powstrzymał:
-Jestem głodny!
-Panie, jesteś półbogiem, nie bywasz głodny -przypomniał mu grzecznie nauczyciel. -Jeżeli lekcja ci nie odpowiada po prostu powiedz.
-Mówiłem już setki razy. Te lekcje nie przynoszą żadnych skutków.
-Przynoszą -onajmił Maory.
-Jakie?
Pytanie, o słodka ironio, wypowiedziane zostało przez Syrse.
-A takie, że pan Jozuel nigdy nie był taki… khem… rozmowny?
-Nie próbuj go ratować! -warknął gniewnie jego pan. -On ma przeznaczenie.
Zdezorientowany Thetyr spoglądał z niedowierzaniem to na ucznia to na jego sługę.
-Przeznaczenie? Jakie przeznaczenie? -pytał gorączkowo. Poznał już siłę swojego ucznia i wiedział, że każda kłótnia, każdy konflikt między nimi zakończy się jego śmiercią, a teraz okazuje się, że ma “przeznaczenie”.
Nagle Jozuel pochylił się nad siedzącym na krześle Syrse i patrząc prosto w oczy węża rzekł tonem cichym, spokojnym, jakby przekazywał mu zjadliwą ploteczkę o bliskim przyjacielu. Niestety ta “ploteczka” do wesołych anegdot nie należała:
-Jestem twoim przeznaczeniem, pamiętasz? A tylko moim przeznaczeniem jest życie.
Wyszedł z pokoju spokojnym krokiem zostawiając Thetyra w ciężkim stanie ducha. Poznał plan Jozuela. Plan, który pomagał realizować.

Podziękowali za gościnę Faulowi i pognali na północ, w stronę Astrine. Krajobraz coraz bardziej swojski, idyllyczny zmieniał się coraz rzadziej w niewielkie osady. Chaty pokryte strzechą czy drewnianymi balami za nic nie przypominały kamiennej Loreai.
-Nie ma jak świeże wiejskie powietrze -westchnęła Kiraan, kiedy mijali kolejne połacie pól. W oddali zieleniły się korony drzew.
-Tak, nie ma jak aromat oborniku -skomentował Illiannael z przekąsem.
-Dlaczego musisz być taki cyniczny?
-Kiedyś zmienię imię na Cynyiron, uszczęśliwi cię to?
Urwali temat, bo Sahda wskazała na kamienną drogę i kilka większych budynków majaczących gdzieś w oddali. Bez wątpienia było to Astrine. Owe budynki wołałwy wręcz “tędydocywilizacji!”. Kiedy podjechali bliżej mogli zobaczyć, że dalej również ciągną się pasma niskich, białych budynków pokrytych czerwoną dachówką. Słońce grzało przyjemnie, sennie, dookoła panował wesoły nastrój. Ludzie musieli śpieszyli się powoli, być może na wiejską zabawę albo targ. Mijali też kilka książąt albo bogatych kupców obwieszonych złotem. Jechali konno, nie widywało się tu lektyk jak w stolicy. Wszyscy podążali w jedną stronę.
-Jak sądzi, co się dzieje? -zapytała Umbriel jadącej obok Sahdy.
-Wydaje się, że jadą do ogrodów dworskich. Nitro kradł tu, kiedy był dzieciakiem. Miał piętnaście, może szesnaście lat. Właściwie to wychowaliśmy się całkiem niedaleko, znam tutejsze obyczaje. Na przyjęciu zbierają się wszyscy dostojnicy, więc jeśli tam nie znajdziecie kandydata na władcę, to najbliższe dobre miejsce to Dzikie Kraje na południu.
-Albo wyspy Haradu -przypomniała jej dziewczyna.
-Jedym słowem, to wasza ostatnia szansa. Zeskoczyła z konia, kiedy dojechali do bram jakiś sporych ogrodów. -Nie będę mogła zostać na tym "przyjęciu".
-A to czemu? -zaskoczona Umbiel obejrzała się przez ramię na uśmiechniętą złodziejkę.
-Nie należę do arystokracji... Nienawidzę arystokracji...
Nitro jadący z tyłu również zatrzymał się kilkanaście metrów przed wejściem. Po chwili dogoniła ją reszta kompanii.
-My jedziemy dalej -wyjaśnił jej Kishkankal, który przyśpieszył, by zrównać się z szarą klaczą Umbriel.
-Wiem, Sahda przed chwilą mi wyjaśniła -odparła niechętnie. Ki był jej przyjacielem, ale jego towarzystwo czasem potrafiło stawać się uciązliwe.
Dookoła krajobraz zmieniał się coraz bardziej. Nie było już ani miasta, ani pól, a za to coraz więcej klombów oraz rozległych, soczyście zielonych trawników. Zapewne zachwycaliby się okolicznościami przyrody, gdyby nie cele w jakich tu przybyli. Nim się zorientowali stali przy zdobionej roślinnymi
motywami bramie, a niski mężczyzna zaczął wypytywać ich o imiona i nazwiska.
-Illiannael, Kiraan oraz Umbriel Ananke -oznajmił Ili patrząc mu prosto w oczy. -A tamten brzydki to Kishkankal syn Wielkiego Króla.
Dziwne, ale mężczyzna nie zakwestionował ich tożsamości, nie poprosił nawet o okazanie dokumentów, których zresztą nie posiadli, pokłonił się tylko nisko i kazał dwóm gwardzistom otworzyć bramę. Konie odebrano im zaraz po przejeździe przez nią i zabrano do stajni. Stali między altankami, stołami suto zastawionymi przeróżnym żarełkiem i grupkami dostojnych dam i wysoko urodzonych panów, nie bardzo wiedząc od czego w tym motłochu zacząć, kogo pytać, kogo szukać, jak zachowywać się, by nie zachowywać się za dobrze.
-Rozdzielmy się -zaproponował Illiannael. -To powinno ułatwić sprawę.
Jako że wszelkie jego propozycje uznawane są w tempie natychmiastowym za rozkaz, rozdzielili się i poszli w różne strony. Kiraan postanowiła dosiąść się do kobiet plotkujących w jednej z altan. Po wielu latach spędzonych w leśnym dworze przy Adimetrze powinna łatwo wtopić się w rozchichotane towarzystwo.
-Dzień dobry -zaczęła trochę nazbyt oficjalnie. Kobiety znowu zaczęły krztusić się śmiechem, ale dygnęły grzecznie. Jej podróżny strój trochę odstawał od atłasów i muślinów, którymi obwiesiły się owe kobiety.
-Skąd pochodzisz? -zapytała najbliżej stojąca, najbardziej obwieszona złotem dziewczyna.
-Z Loreai.
Znowu chichot. Czy one chorują na rwę kulszową? Jak tak dalej pójdzie nic się nie dowie, a zmarnuje tylko czas.
-W Loreai tak się noszą? -mruknęła zjadliwie druga, a wszystkie obrzuciły ją pogardliwym spojrzeniem.
-Jestem prosto z podróży -wyjaśniła Kiraan, chodziaż bardzo, bardzo chciała skomentować wygląd rozmówczyni. Wykrzyczałaby, że wygląda ona jak podmiejska kur… tyzana, ale na tym samym musiałaby zakończyć poszukiwania.
-Pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy z kim rozmawiasz -kontynuowała ordynarnie dziewczyna. -Jestem żoną Faena, półelfa który przebywał rok na dworze samego króla królów, Wielkiego Władcy. Byłam poza tym kochanką wszystkich trzech kanclerzy.
Tym razem już nie zdzierżyła.
-Trzeci kanclerz był osiemdziesięcioletnim śmiertelnikiem, więc gratuluję. Drugi był obłąkanym alkoholikiem i dlatego usunięto go ze stanowiska, więc również szczerze gratuluję. Pierwszy był i jest moim mężem, więc gratuluję jeszcze bardziej. Piękne, naprawdę piękne kłamstwo jak na ograniczoną kurtyzanę.
Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem pomaszerowała w stronę sztucznego jeziorka. Tamtejsze towarzystwo wyglądało na mniej rozchichotane.
Tymczasem Kishkankal idąc pod rękę z Umbriel, która zdecydowała się w końcu na pomoc przyjaciela, dosiedli się do jednego ze stołów z jedzeniem. Za kryształową wazą z ponczem siedziała para nieprzyzwoicie pięknych elfów. Kobieta dopiero po chwili odwróciła wzrok od roześmianego towarzysza i bez większych ceremonii zagadała Umbriel.
-Wyglądasz mi na półelfkę, skąd pochodzisz? -zapytała dźwięcznym głosem, uśmiechając się przymilnie.
-Mieszkam w Loreai, ale nie jestem…
-Acha, ja żyję tutaj od kilkuset lat -przerwała jej dziewczyna. -Mamy z bratem niewielki domek w centrum Astrine, miło się tam żyje, ale trochę ciasno, bo mój brat niedługo się żeni z taką jedną śmiertelniczką, ja osobiście nie mam nic przeciwko śmiertelnikom, ale mój tatuś zawsze powtarzał, że oni są zazwyczaj przestępcami i złodziejami, a nasza rasa…
Nie słuchała dalej, miała już pewność, że ani ta rozszczebiotana istota, ani jej brat, który w milczeniu przyglądał się Kishkankalowi nie nadaje się na rządcę Uenii. Będą musieli rozejrzeć się za kimś innym. Odruchowo spojrzała na bok, gdzie grupka mężczyzn prowadziła ożywioną rozmowę. Czarna czupryna wystawała ponad innych możnowładców, zdaje się że to on prowadził dyskusję. Jej ojciec. Tak, pan Ananke z pewnością wiedział jak zjednać sobie zupełnie obcych ludzi. W końcu to były kanclerz. Przede wszystkim wzbudzał lęk zimnym spojrzeniem i oschłym zachowaniem, po drugie respekt zdawkowymi ale błyskotliwymi komentarzami, opanowaniem oraz rozległą wiedzą, po trzecie zaciekawienie. Z pewnością nie zdradził jeszcze swojego pochadzenia, czy nawet nazwiska, zrobi go dopiero kiedy ktoś zapyta…
-Jak szanowny pan ma na imię?
-Cóż… Illiannael Ananke -odrzekł powoli czarodziej nie dodając tytułu byłego kanclerza, czy maga.
-Och! Jakże miło mi poznać! -zakrzyknął jego przysadzisty rozmówca.
Jego sąsiad z rozmachem iluzjonisty wyjął zza pazuchy trochę zmiętą gazetę i przeczytał na głos:
-“…istnieje hipoteza, iż użyto czaru wymagającego krwi rodu Ciemnego Pana, co stawia w podejrzeniach pierwszego kanclerza, Illiannaela Ananke…” Co pan powie na tą sprawę?
-Ja… -zająknął się po czym niemal doskoczył do pulchnej postaci kupca. -Pokaż mi tą gazetę!
Wyrwał mu papiery z rąk i gorączkowo zaczął czytać artykuł na pierwszej stronie. “Zmarł trzeci kanclerz Loreai”. Zerknął na datę wydania. To stało się w dzień ich wyjazdu, kiedy jeszcze był w stolicy. Nikt oprócz Kiraan i Umbriel nie widział go tego dnia, więc nie ma mocnego alibi. Rzucił wściekle gazetą na równo przycięty trawnik i wypatrzył w tłumie Umbriel i Kishkankala. Podbiegł do nich i ścisnął ramię córki.
-Umbriel!
Elfka z naprzeciwka nie zamykała się nawet na sekundę, nie zwróciła nawet uwagi na odejście swojego brata i przybycie bladego, wyraźnie czymś zdenerwowanego jegomościa.
-Wracam do Loreai!
-Ale…
-Żadnego ale, wy też już tutaj nie siedźcie. Pojedziecie do Pałacu Wyroczni, powiedzcie Nitro, że zapłacę, jeżeli będzie was tam eskortował. Iszanal -zwrócił się w stronę księcia. -Zostawiam je pod twoją opieką.
-Zrozumiano.
Odszedł tak samo szybko jak przyszedł rozglądając się nerwowo na wszystkie strony.
-Chyba coś nie tak -zauważył “bystrze” Ki.
-Bardzo nie tak -przytaknęła Umbriel z przekąsem. -Idę po matkę.

-Ale ile zapłaci? -dopytywał się beznamiętnym tonem Nitro. -Bo jak za walkę z bandytami, hydrami morskimi i takimi tam mam dostać tyle co kelner napiwku, to ja się z wami nie bawię.
-Może i nie jesteśmy już tak bogaci jak niegdyś, ale mamy na tyle przyzwoitości, żeby ci się wypłacić -odpowiedziała Kiraan nerwowym tonem. Nadal nie wiedziała co dzieje się z mężem.
-Dobra, zapłacicie mi dziesięć złociaków od hydry?
Zgodziła się ochoczo, z pełnym przekonaniem, że hydry nie istniają. Nawet Sahda patrzyła na brata z rezygnacją, może nawet troską.
-Pójdziemy brzegiem morza, z tego co wiem ominiemy w ten sposób najcięży kawałek bagien Himnen i jakieśtam góry z niedźwiadkami, wilczkami i mrówami większymi od niedźwiadków włącznie. To powinno nam pomóc.
Wszystkie trzy kobiety przytaknęły ochoczo przewodnikowi.
-Tak właściwie, to gdzie idziemy? -spytał po dłuższej chwili ciszy. Odpowiedzią była cisza. Czy przypadkiem nie nadużywam wyrazu “cisza”? Ta… To na czym się skończyło? A, cisza była, ale się skończyła, a raczej została zakończona.
-Jesteś powalony -wyszeptała załamana Sahda. -Znam cię tyle lat i wiesz co? JESTEŚ powalony.
-Dziękuję, ale może zauważyłaś, że poinformowałyście mnie o naszych drobnych zmianach w planie przekrzykując się i jedyne co usłyszałem to Półwysep Księżycowy, ale nie mam pojęcia co tam jest.
-Idziemy do Wyroczni.
-Eee… wyroczni Wyroczni?
-Tak.
-Chodzi o tą wyrocznię Wyrocznię co ja myślę, że wam się myśli tam iść?
-Tak.
-To ja spadam.
-Nitro!!!

Illiannael pędził tak szybko jak tylko mógł. Tuman kurzu za nim unosił się wielkimi chmurami. Jeżeli nie zwolni to albo biedny koń ze stajni królewskich padnie, albo dotrze do Secht-Timoe w mniej niż jeden dzień. On oskarżony o zabójstwo? On? Z jego reputacją? A rzeczywiście, z jego reputacją to może i tak…
Spojrzał nerwowo na północny zachód, gdzie słońce coraz to niżej, kończąc dzień. Jeszcze tylko pięć dni do przesilenia letniego.

-Co tak wolno?!? -Nitro co chwila musiał zatrzymywać się i czekać na towarzyszki. -Co by wam zaszkodziło galopować? -zapytał, kiedy się zrównali.
Już jakiś czas jechali wybrzeżem, opuścili mury Małych Państw i zbliżali się do bagien Himnen przy ujściu Lyry. Niebo w międzyczasie zrobiło się pomarańczowe, a słońce niemal dotykało wody w ztoce Jordul.
-Nigdy nie byłam entuzjastką konnych przejażdżek -warknęła w odpowiedzi Kiraan.
-Druidka od siedmiu boleści. Ale ciebie Sahda to już całkiem nie rozumiem.
Siostra rzuciła na niego wściekłe spojrzenie.
-O świętej pamięci mamusiu, dlaczego kobiety muszą być takimi jędzami?
Jego błąd, teraz wszystkie gapiły się na niego jak na cel. Chciał dodać coś jeszcze o tym, że tylko kobiety i wilkołaki zmieniają się raz na miesiąc w bestie, ale w porę ugryzł się w język, by nie stać się ofiarą rytualnych mordów. Zresztą i tak będą musieli zatrzymać się na obrzeżach moczarów, więc nie ma pośpiechu. Najwyżej rozbiją obóz po ciemku.

W Loreai panowała ciemność. Nocą na pustyni jest zimno, więc jeżeli spotkało się już kogoś na ulicy wyglądał upiornie. Ludzie nisko urodzeni okryci byli mnóstwem ciemnych, postrzępionych gałganów, tancerki owijały się jedwabnymi szalami, kapłani nosili togi z wielkimi, opadającymi na twarz kapturami, a żołnierze robili użytek ze zdobytych na polowaniach trofeów i zmieniali się w różnorakie zwierzęta, generałowie zaś mieli do dyspozycji jedynie swoje bordowe peleryny. Owijali się nimi szczelnie, zmieniając się w ogromne nietoperze w złotych hełmach…
Jeden z takich dziwacznych nietoperków spokojnie patrolował niebezpieczną dzielnicę, którą upodobali sobie oberżyści. Najbardziej denerwował go fakt, iż najczęściej łapał w zataczających wielkie półkola i śpiewających (a raczej wyjących) sprośne ballady żołnierzy z jego własnego oddziału.
Zatrzymał się nagle, gdy z jednej z bocznych uliczek wyszedł szeregowiec nie okryty żadną skórą, czy płaszczem, więc z miejsca stwierdził, że ów młodzik musiał sobie popić i zapomniał o okryciu, więc nie namyślając się wiele podszedł do owego jegomościa. Zdziwiony zauważył, że ma on na sobie szczerozłotą, generalską zbroję, a na plecy ma narzuconą bordową pelerynę. Schował właśnie miecz. Zakrwawiony miecz. Teraz nie było już wątpliwości, że trzeba go zatrzymać.
-Hej, ty!
Nawet nie odwrócił się w jego stronę, więc zawołał jeszcze raz. Znowu bezskutecznie. Dziwny jegomość spoglądał przed siebie, nie zwracając na nic uwagi. W końcu generał zamilkł i niepewnym krokiem zaczął podchodzić do potencjalnego mordercy. Ostatnio zanotowano dużo takich morderstw. Chociażby przebity trzykrotnie mieczem Griff Ismoud, czy kilka dni temu Berdred. Armia traciła żołnierzy, a kapłani czas na poszukiwania sprawcy. Teraz on, weteran pierwszej klasy mógł to zakończyć.
Podszedł do nieruchomego jegomościa i…
-Bogowie…
Przed sekundą, mniej jak przed sekundą stał nieruchomo. Jakim cudem? Jakim cudem on… ?
Teraz patrzył w oczy mordercy, który powoli dał kroka w jego stronę. Sprawiało mu to ogromny ból. Spojrzał w dół. Złote ostrze ociekające krwią poprzedniej ofiary teraz przebijało go na wylot. Nawet nie zdążył pomyśleć, nawet podejść do przeciwnika.
Przeciwnika… Tak jak sądził miał do czynienia z młodzieńcem. A raczej elfim starcem. Zielone, kocie oczy lśniły dzikim, morderczym szaleństwem w mroku. Zaciśnięte usta wykrzywiły się w drwiącym półuśmieszku.
Generał dogorywał spoglądając na osobę niegodną istnienia.
-Zapamiętaj mnie -szepnął płynnym, śmiałym głosem. -Powtórz w piekle o Welsprze Astari.

-AAAAA!!!
Ledwie świtało, a w ich obozie, na skraju moczarów Himnen rozległ się przerażający krzyk.
-To coś po mnie łaziło -wydyszała Umbriel do zaspanego Nitro, który z łaski zwlekł się z posłania, by sprawdzić co się stało. Dziewczyna skazywała na jaszczurkę z łatwością mogącą mieścić się w jej dłoni. Bez wachania podniósł zwierzątko z ziemi i… urwał mu głowę.
-AAAAA!!!
-Co się drzesz, przecież już ją utłukłem? -mruknął niezadowolonym tonem, pocierając napuchnięte powieki.
-Wiem, ale to było brutalne -rzekła całkiem poważnie, po czym ze zdziwieniem stwierdziła, że złodziej chowa głowę płaza do sakiewki przypiętej do pasa. -Co ty…?
-Twoja matka obiecała mi dziesięć złociaków od łba hydry -wyjaśnił siadając na ziemi, przy wygasłym ognisku. -Mam już trzy takie główki, chcesz zobaczyć.
-Nie, dzięki! -zaprzeczyła, zanim zdążył sięgnąć po nieszczęsne szczątki jaszczurek. -Może zauważyłeś, że to nie są hydry? -zwróciła mu uwagę łagodnym, lekko zakłopotanym tonem, jakby był porządnie chory.
-Jak to nie? -zapytał z szelmowskim uśmieszkiem. -Może nie o tym nie wiesz, ale te przesłodkie jaszczureczki nazywają się właśnie “hydrami” i są najlepszym interesem jaki ubiłem w przeciągu ostatnich dziesięciu lat.
Umbriel zamyśliła się na chwilę, spoglądając w stronę drzemiącej matki. Sahda gdzieś zniknęła.
-Acha -w końcu uznała, że nie będzie mu psuła niespodzianki, ale wymyśliła sposób, w który nie zarobi więcej jak ona ze swojego kieszonkowego.
Za nimi rozległ się dźwięk łamanych gałęzi. Nitro natychmiast sięgnął po wyważone nożyki do rzucania, a Umbriel wycofała się kilka kroków do tyłu, żałując iż nie zna żadnych zaklęć ofensywnych.
-Spokojnie, to tylko ja!
Sahda pomachała im nieśmiało na przywitanie, wychylając się zza pobliskiego wyschłego pnia.
-Wyszłam rano, żeby sprawdzić drogę -wyjaśniła z szerokim uśmiechem. Była umazana w błocie i pokąsana przez owady, ale najwyraźniej szczęśliwa. -Niedaleko ujścia jest przeprawa, zdaje się, że nie będziemy nawet musieli taplać się w bagnie.
-Tak, nie popełnimy twojego błędu -sarknął jej brat. -Jesteś jednak bardziej lekkomyślna niż mi się zdawało. Nigdy nie wychodź w nieznany teren w pojedynkę. Mogłabyś się utopić.
-Płakał byś? -zapytała ironicznie, po czym kontynuowała objaśnienia zwracając się bardziej do Umbriel niż do Nitro. -Prom nie wytrzyma ciężaru koni, musimy je tu zostawić. Jakoś sobie poradzą. Mamy jeszcze jakieś drobne?
-Niewiele -przyznała ponuro Umbriel. -Jeden srebrniak -uściśliła sięgając do kieszeni.
-Wystarczy na cztery osoby osoby. Ja jestem przewodnikiem, a bez Sahdy się nie obejdę, książę chcąc nie chcąc musi spotkać wyrocznię -westchnął ciężko i spojrzał znacząco na dziewczynę.
-Więc ja albo moja matka -stwierdziła cicho i przytaknęła niepewnie. -Rozumiem, że jestem mniej przydatna w grupie…
-Jadę do Illiannaela -oznajmiła Kiraan, a oni sami dodali w myślach “i nie próbujcie mnie powstrzymywać”. Stała przy swoim posłaniu, wpatrując się wyzywająco w Nitro. W dłoni trzymała już lejce swojej białej klaczy.
Umbriel uśmiechnęła się z wdzięcznością.
-Czyli wyruszamy we czwórkę.

-Jak to nie żyje?
-Generał został zamordowany -oznajmił mu Graudmond, kolega od kufelka. -Możliwe, że wkrótce któryś z nas zajmie jego miejsce. Chociaż wierz mi Severn, twój brat ma największe szanse.
-Spójrz prawdzie w oczy, mamy wartę przy bramie.
Było już późne popołudnie, a mimo to słońce prażyło niemiłosiernie. Gdzieś na horyzoncie, kilka mil od bocznej bramy oraz dwóch opartych o mur strażników toczyła się batalia ziemi i wiatru. Burze piaskowe w tych okolicach nie były niczym nowym, panikowano dopiero, kiedy pukały do drzwi miasta.
-Kieruje się na północ -mruknął sennie młodszy żołnierz, od tak, dla podtrzymania zdychającej konwersacji.
Szarobrązowe kłęby zdawały się być nierealne w progu największej metropoli Złotych Lądów. Wielka destrukcyjna siła wyraźnie znaczyła granicę między dzikim i niebezpiecznym “tam”, a swojskim, ucywilizowanym “tu”. Severn zamknął oczy, ale nie mógł zasnąć jak jego starszy towarzysz, więc przez półprzymknięte powieki oglądał oddalające się powoli obłoki kurzu.
Nagle pośród kłębów piasku ujrzał niewyraźny zarys. Przez chwilę przyglądał się tępo, a sylwetka powoli stawała się coraz to wyraźniejsza i zaczął się zastanawiać cóż mógł przygnać pustynny żywioł. Przytknął do nosa małą lunetę i odnalazł ciemny krztałt. Ciemna sylwetka mężczyzny, najwyraźniej poruszającego się konno nie tyle zaskoczyła, co pobudziła do działania młodego żołnierza.
-Graudmond, stary pryku, tam jest człowiek!!! –krzyknął niemal radośnie i szaleńczym pędem wybiegł poza bramy Loreai, by rzucić się nieznajomemu na pomoc. Jego kolega ruszył zaraz po nim, chociaż wyrwany nagle ze snu, nie za bardzo orientował się w sytuacji.
Zdyszani zatrzymali się przy jeźdźcu.
-Sądzisz, że żyje?
-Nie mógł przeżyć...
Jego atłasowe, czarne szaty arcymaga poszarpał wiatr, usta miał spękane, twarz okrutnie bladą, a mimo zdołał wychrypieć cichym głosem:
-Nie mów mi do czego jestem zdolny...
Gwardziści wzdrygnęli się, gdy lekko uniósł powieki i spojrzał na nich spokojnym wzrokiem lodowozimnych oczu. Po czym zemdlał...




strony: [1] [2] [3] [4]
komentarz[9] |

Komentarze do "Kishkankal zwany Końcem (I-V)"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.


© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Kerm
Engine by Khazis Khull based on jPortal


   Sonda
   Czy ewolucja idzie w dobrym kierunku?
Jasne, tylko tak dalej.
Nie mam zdania.
Nie wszystko mi się podoba, ale
Nie widzę potrzeby.
To krok wstecz.
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Bogowie greccy
   Fantasy jako ...
   Przeznaczenie
   Apokalipsa 20...
   Wilkołaki
   Bogowie grecc...
   Legenda o kró...
   Chupacabra
   Egipscy Bogow...
   Inspiracje ku...

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.116134 sek. pg: