..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
   » Menu

   » Recenzje

   Szukaj
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

Nowe opowiadanko. Mam nadzieje, ze sie spodoba. Miłego czytania! ;d;d

Z dzienniczka...



Rzecz dzieje się blisko waszych czasów. Imię moje brzmi Faustyna. Opowieść, która piszę w tym dzienniku, jest bardzo niewiarygodna, lecz prawdziwa. Nie uwierzycie w nią za pierwszym razem, jednak przeczytajcie ją później, tak jak czyniła z takimi rzeczami moja babka - Diana. Była wielką kobietą, choć wiele ludzi uważało ją za szaloną i niezrównoważoną. Kochała to, co robiła i widziałam, jak sprawia jej to radość. Mimo iż tyle osób ją lekceważyło, nie poddawała się i w ubóstwie, razem ze mną jako jej asystentką, pomagała tym, którzy tylko chcieli skorzystać z jej usług. Mieszkałyśmy w wiosce nie bardzo daleko dość dużego miasta. Ludzie ciągnęli do niego, ponieważ znajdowało się opodal starego zamku – wielkiej atrakcji i zabytku. Babka twierdziła, iż moja matka zginęła właśnie w owej ruinie. Ponoć spadł na nią kamień. Nie znałam mojej matki. Ojciec zaś zostawił ją brzemienną, przestraszywszy się, że będzie musiał mnie wychowywać. Zostałam pod opieką babci, ponieważ dziadek zmarł, gdy miałam niespełna trzy lata. Babka często wychodziła do miasta, gdyż w naszym wiejskim sklepiku nie można było wiele kupić. Ja nie bawiłam się nigdy z innymi dziećmi. Przyczyn było wiele. Ich matki nie pozwalały im na to, gdyż uważały moja babkę za służebnicę szatana, a mnie za jego pomiot. Podstawą tego twierdzenia było to, iż moja babka miała znamię na czole. Było ono podobne do głowy wilka. Gdy pytałam o nie Diana zawsze lekceważyła mnie i kazała się zająć podlewaniem kwiatów. Pewnego jednak dnia odpowiedziała tak na moje pytanie:
- Dziecię moje. Dowiesz się tego już niedługo. Masz szesnaście lat. Niebawem będzie twój czas.
Nie rozumiałam wówczas tych słów. Ale babka nie chciała nic więcej powiedzieć, ponieważ właśnie drzwiami kuchennymi weszła otulona w stare łachy i z szalem na głowie pewna postać.
- Faustyno! Idź do ogrodu, zbierz kilka liści mięty. Już, już! – babka zamknęła drzwi, dając mi tym samym do zrozumienia, że nic tu po mnie. Zrobiłam więc co mi rozkazała choć bardzo nad tym ubolewałam. Nigdy nie pozwalała mi być przy swoich klientach. Nagle usłyszałam szelest.
- Wyjdź, Filipie. – krzyknęłam nie odwracając wzroku od wykonywanej pracy. Minęła chwila nim zorientowałam się, że tak naprawdę nie wiem kto jest w krzakach. Tym bardziej nie mogłam powiedzieć imienia tej osoby, ponieważ nie znałam żadnego Filipa. Usta same mi się otworzyły, a ja puściłam wszystko i zamknęłam je płaską i delikatną dłonią. Byłam przerażona. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że wiem, kto jest w krzakach, i że znam jego wygląd. Młodzieniec wyszedł zza drzew nieco speszony. Był wysoki, dobrze zbudowany i przystojny. Ubrany w codzienny wiejski strój.
- Skąd znasz me imię? – zapytał bardzo melodyjnie. – Ja ciebie nie znam. – potrząsnął głową w sposób podkreślający jego niewiedzę.
- Sama nie wiem... – wzruszyłam ramionami otrząsając się z przerażenia. – Ja ciebie też nie znam...
- Zatem jak odgadłaś moje imię? – zapytał znów.
- Już mówiłam, że nie wiem! – wstałam otrzepując fartuch z ziemi. Potrząsnęłam głową i moje długie kręcone, czarne jak smoła włosy zatrzepotały w powietrzu.
- Babka mnie woła. Musze iść. – rzekłam zbierając zioła i ruszając do domu.
- Ale... – chłopak stał jak wmurowany, rozglądając się za osobą, którą nazwałam babką. Nie zauważył jednak nikogo.
- Faustyna! Już skończyłaś? Wracajże szybko! – usłyszałam chropowaty i starczy głos babci. Tedy zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę dopiero teraz woła mnie babka. Stanęłam.
- No nie stój, ino właź! – krzyknęła. Weszłam do domu, patrząc na stojącego jeszcze chłopaka. Był zakłopotany. Pomyślałam: „Żegnaj. Jeszcze się spotkamy” i znikłam w ciemnościach korytarza.
- Masz? – zapytała zgarbiona babcia i wyciągnęła rękę.
- Mam. – odrzekłam i podałam zioła.
- Czas... – szepnęła patrząc przez okno na zachodzące słońce. – Czas! – powtórzyła głośniej. – Zbieraj się! – wcisnęła mi płaszcz do rąk.
- Ale zaraz będzie padać! – krzyknęłam. Jednak nie zauważywszy żadnej burzowej czy choćby deszczowej chmury, otrząsnęłam się.
- Wiem. – słodki głos Diany dotarł do mych uszu, a jej ciepła dłoń spoczęła na moim ramieniu. – Ale pójdziemy. – gorący uśmiech rozgrzał me serce. Założyłyśmy płaszcze i wybiegłam z domu. Moja babka powolnym krokiem wyszła do ogrodu. Filipa już nie było. Skręciłyśmy w stronę lasu.
- Deszcz nas jednak nie złapie moja droga. Dziś czas! – rzekła babcia chodząc na leśną ścieżynkę. Odwróciłam się by spojrzeć, jak daleko jest Diana. Moim oczom ukazał się niesamowity widok. Babka złożyła ręce jak do modlitwy chrześcijańskiej i powoli zaczęła je oddalać od siebie. Pomiędzy jej zmarszczonymi palcami zaświtało brązowe światło, a gdy babunia rozchyliła ręce jak najbardziej mogła, u jej stóp pojawił się dębowy, mocny i pięknie rzeźbiony kij. Chwyciła go i ruszyła.
- Zaraz zrozumiesz. – rzekła czytając w mych myślach. Szłyśmy dalej razem. Chmury zaczęły się zbierać na dotychczas czystym niebie.
- Stój. – Diana zatrzymała się i uniosła w górę obie ręce. Popatrzyła w niebo i powoli opuściła ramiona. Chmury zaczęły się oddalać i naraz promienie zachodzącego słońca padły na mą nieco ciemniejszą twarz. Otworzyłam usta.
- Zaraz się dowiesz. – rzekła, znów czytając w mych myślach. Niedługo po tym dotarłyśmy do starej groty. Babka wysyłała mnie tu często bym nabrała wody ze strumienia, który płyną opodal. Weszłyśmy do jaskini. Niebawem zaległy ogromne ciemności. Poczułam niepokój.
- Nie martw się, moje dziecko.
- Ależ Diano! – powiedziałam. – Gdzieżeś mnie wyprowadziła?
- Tam, gdzie się dowiesz. – znów niezrozumiałe słowa dotarły z ciemności. – Odsuń się pod ścianę. – rzekła, a ja nie wiedzieć czemu - naraz pewnym krokiem ruszyłam w jakimś kierunku. Zorientowałam się, że właśnie dotarłam do wyznaczonego miejsca. Nie widziałam ruchów babki, ale niebawem ujrzałam ogień trzaskający na stosie patyków. Babka stała przed nim. W grocie zrobiło się nader jasno. Ujrzałyśmy dalszą drogę. Ruszyłam w tamtym kierunku zaraz za babcią.
- Faustyno. Wiem, że ciężko zrozumieć ci to, co dziś zobaczyłaś. Ale zrozum – nie jesteś zwykłym człowiekiem. Jesteś wybrana. Jak i była twa matka, jak i ja jestem i każda kobieta naszego rodu. Zauważ, iż nam rodzą się jedynie kobiety. Nasza linia jest wybrana. Niestety, coraz słabsza.
- Córka mej wnuczki nie będzie już miała mocy... – rzekłam sama nie wiem, dlaczego.
- To prawda. Widzisz. Dziś samaś odkryła, że masz dar. Jesteś wizjonerką. Jesteśmy czarownicami. Jest jeszcze kilka rodów, które także zostały wybrane w dalekich czasach. Lecz one nie żyją śród ludzi jak my. One żyją tu. – weszłyśmy na piękną polanę, na której pasły się łanie: piękne i dostojne zwierzęta. Przy wodopoju leżał niedźwiedź. Nie wiem, czemu miałam pewność, że to niedźwiedzica. No tak. Jestem wizjonerka. Jak dotąd przyjmowałam wszystko bardo źle: byłam przerażona. Ale w owej chwili wiedziałam, już że nic mnie nie zaskoczy i wyzbyłam się niepokoju. Światło dawane przez ogień zgasło w momencie, gdy babka weszła na polanę.
- Wiesz już, że to co chrześcijanie zwą Bogiem tak naprawdę nie daje im siły. Owszem istnieje. Ale on patronuje jedynie ludziom. My nasze troski powierzamy bogini Viale - matce życia i natury oraz bogowi Pontenowi – patronowi słońca i księżyca, nocy i dnia, światła i ciemności - czyli temu, co od wieków ze sobą walczy. Od nich także dostajemy moc. – zbliżyłyśmy się do posągów kobiety i mężczyzny. Koło stóp pięknej pani odzianej w zieloną suknię z wieńcem świeżych kwiatów na głowie leżała drewniana taca z owocami znalezionymi w lesie. Zaś u stóp posągu niskiego, krępego mężczyzny stał stos, na którym płoną ogień oraz misa z wodą. Babka skłoniła się i przeszła dalej.
- Złóż liście mięty w ofierze matce. – rzekła babka i wręczyła mi zioła. Położyłam je na tacy kłaniając się głęboko. Odeszłam za babką. Było tam mnóstwo kobiet. Wiele z nich zajmowało się różnymi rzeczami, inne zaś – młode dziewki – biegały, goniąc odlatujące ptaki i motyle. Weszłyśmy do kolejnej jaskini – tym razem oświetlonej i ładnie urządzonej. Na drewnianym krześle siedziała kobieta w średnim wieku. Czytała coś. W zasadzie trzymała na kolanach spory kawał rozprostowanej kory. Były nań jakieś znaki.
- Przyprowadziłam Faustynę – mą wnuczkę i wizjonerkę. – rzekła babka i wepchnęła mnie lekko do środka. Kobieta podniosła głowę, a jej krótkie, brązowe jak drewno włosy nieco zafalowały.
- Witaj. – usłyszałam głos, pomimo iż kobieta nie ruszyła wargami. – Podejdź no tu! – rzekła i wstała. Miała na sobie brązową szatę z korą naszyta w niektórych miejscach. Obejrzawszy mnie dokładnie kazała się rozebrać. Uczyniłam, jak powiedziała. Wyjęła ze skrzyni kawał materiału i rzekła.
- To twa szata. Ubierz ją i idź, ucz się.
Nałożyłam na siebie białą tunikę oraz wzięłam białą jak śnieg płachtę. Nie mam pojęcia, skąd wiedziałam, jak ją nałożyć. Wyszłam, kierując się za babką. Szata powiewała, ponieważ była bardzo długa. Wlokła się po ziemi. Prawą dłoń miałam cały czas na piersi, gdyż gdybym oderwała rękę, drapowana płachta spadłaby ze mnie. Babka oprowadziła mnie po całej polanie i odeszła.

Ćwiczenia trwały długo każdego dnia. Uczyłam się najpierw nowego języka, potem opiekowałam się zwierzętami, a z czasem zdobyłam władzę nad wodą. Mogłam zmieniać kierunek płynącego strumyczka, tworzyć małe wiry i powodować mżawkę. Niebawem nauczyłam się sterować potężną i rwącą rzeką, umiałam także tworzyć ulewy. Tak zdobywałam władzę nad każdym kolejnym żywiołem. Gdy opanowałam także żywioł powietrza, ziemi i ognia, poddano mnie próbie. Wsiadłam na łanię za poleceniem mej zwierzchniczki i pomknęłyśmy w stronę wodospadu.
- Masz za zadanie spowodować, by wodospad zatrzymał się. Następnie spraw, by woda znów zaczęła płynąć – rzekła wskazując na spadającą z urwiska rzekę. Wyciągnęłam przed siebie rękę, kierując palce ku górze. Wnętrze dłoni było skierowane do wodospadu. Zamknęłam oczy i skupiłam się. Opuściłam głowę, a gdy podniosłam wzrok, ujrzałam, iż wodospad zniknął. Ogarnęła mnie radość. Opuściłam rękę ze zmęczenia. Każda taka próba kosztowała mnie dużo energii. Babka miała rację, mówiąc, że każde pokolenie jest słabsze. Znów wyciągnęłam rękę, tym razem kierując palce ku rzece. Płaską dłonią wskazywałam miejsce, gdzie do niedawna płynął jeszcze wodospad. Zamknęłam oczy i mocno wciągnęłam powietrze. Usłyszałam szum. Otworzywszy oczy ujrzałam, że wodospad znów ożył. Byłam szczęśliwa. Miałam ogromną władzę nad żywiołem wody. Następnego dnia pojechałyśmy na to samo miejsce.
- Jednak twoim żywiołem nie jest woda. Teraz przyszedł czas na próbę ziemi.
Gdy dostałam zadania, przystąpiłam do działania w imię Viali. Wzięłam patyk do ręki i wbiłam go w ziemię, odsunęłam się i stanęłam prosto na baczność. Spoczęłam. Skierowałam wnętrza dłoni ku ziemi i spuściłam głowę. Miałam ugięte kolano prawej nogi. Gdy mocno wyprostowałam się i podniosłam głowę, patyk zaczął wzrastać i niebawem stał się potężnym bukiem. Na moim czole pojawiły się krople potu, zaś na ustach uśmiech. Teraz miałam odwrócić ten proces. Odetchnęłam głęboko i dotknęłam dłonią drzewa. Przejechałam w dół. Podniosłam gwałtownie w górę lewą rękę, kierując wszystkie palce ku niebu. Drzewo zaczęło gwałtownie maleć i stało się patykiem. Prawa ręka straciła oparcie i runęłam na ziemię. Ale byłam szczęśliwa. Gdy następnego dnia usłyszałam znów w tym samym miejscu słowa: „To nie był twój żywioł, czas na próbę ognia”, zaczęłam się martwić. Co jest moim żywiołem? Zadawałam sobie podobne pytania podczas słuchania nauczycielki.
- Rozpal wodę, a następnie ten stos drzewa. – wskazała na kilka ogromnych pni ustawionych w kręgu. W środku było mnóstwo patyków i gałęzi. Podeszłam na brzeg jeziora. Wyciągnęłam przed siebie dłonie tak, że ich wnętrza były skierowane ku tafli wody. Rozchyliłam ramiona szybkim gestem tak, że miałam je po swych bokach i zaraz woda zawrzała. Po jeziorze przebiegły iskry i niebawem na kilka sekund ukazał się na nim płomień. Usłyszałam „Brawo”. No tak. Moja nauczycielka była w końcu służebnicą ognia. Odpoczęłam chwilę i podeszłam do ogromnego stosu. Dotknęłam jednej kłody i zamknęłam oczy skupiałam się bardzo mocno i podniosłam powieki Po much ramionach przebiegły iskry nie parząc mnie jednak. Niebawem cały stos staną w płomieniach. Jednak to mogło być niebezpieczne dla przyrody. Niedaleko był bowiem nasz las. Gdyby ogień się rozniósł, mogłoby dojść do katastrofy. Nie czekając na nic, odsunęłam się nieco dalej i wyciągnęłam lewą rękę w kierunku wody cały czas stojąc twarzą do ognia. Przekierowałam rękę na stos i ogromna fala wydostała się z jeziora i ugasiła płomień. Byłam z siebie tego dnia dumna. Nauczycielka oniemiała z wrażenia. Klasnęła w dłonie, lecz rzekła:
- Z przykrością muszę stwierdzić, że niestety to też nie twój żywioł.
Zostało więc tylko powietrze. Tym będę miała się zając. Szybko przeanalizowałam wszystko i rzeczywiście. Tak! To było mi pisane, gdyż nie było w kręgu żadnej czarownicy parającej się magią powietrza. Lubiłam kierować wiatrem od samego początku. Więc dobrze. Niech i tak będzie.

Kolejny dzień prób. Próby najważniejszej. Próby powietrza.
- Zwołaj chmury burzowe. Następnie sprowadź tu mgłę. Niech zacznie się ulewa, którą ty rozpędzisz.
Zadanie było niesłychanie skomplikowane i wymagające dużo skupienia. Jednak to nie był problem. Gorzej było z mocą. Obawiałam się, ze nie posiadam tyle. Ale spróbowałam. Wyciągnęłam ręce ku górze i zaczęłam machać nimi niby ptak wykonując przy tym ruchy takie jakbym kogoś zapraszała. Niebawem na niebie pojawił się gęste chmury. Nauczycielka zabrała mnie szybko nad wodospad. Stamtąd był lepszy widok. Wyciągnęłam przed siebie ręce i rozchyliłam je nieco. Następnie me ramiona opadły. Niebawem wokół jeziora zebrała się mgła. Wzniosłam ręce znów ku chmurom i nagle zaczęły spadać duże, ciężkie krople. Zaczęła się ulewa. Opuściłam ręce, by trochę odsapnąć. Następnie klasnęłam w dłonie. Gdy tylko to uczyniłam, rozległ się grzmot. Szybkim ruchem wskazałam palcem na niebo. Następnie mój palec pokazywał ziemię. Te dwa punkty połączyła niebawem błyskawica. Zrobiłam jeszcze ich kilka, ale przecież musiałam mieć energię na rozpędzenie tego wszystkiego. Moje ręce przylgnęły prosto do ciała. Powolnym ruchem oderwałam łokcie od boków, następnie dłonie od bioder i powoli zaczęłam wznosić je w górę. Gdy osiągnęły największą wysokość złączyłam opuszki środkowych palców. Szybkim ruchem wyciągnęłam ręce przed siebie i w tym momencie zza moich pleców powiał bardzo silny wiatr, który pogonił chmury burzowe kończąc ulewę, rozwiał mgłę i gnał na zachód. Machnęłam przed sobą dłonią tak, jakbym coś łapał i wiatr nagle ustał.

Wróciłyśmy do osady. Wszystkie kobiet były zebrane wokół kamiennego ołtarza, który ustawiono na środku polany. Było już po zachodzie. Kazano mi się położyć na owym kamieniu. Posłusznie wykonałam polecenie. Rytuały trwały długo. Śpiewy w naszym języku, tańce, pokazy, gra świateł i inne przepiękne rzeczy. Na samym końcu wszystkie kobiet ustawiły się w kręgu i zaczęły krążyć dookoła, śpiewając przy tym. Weszła Wielka Pani. Po raz pierwszy widziałam go przy pierwszym spotkaniu i po raz ostatni miałam ją widzieć. Zaczęła coś kreślić na moim czole, posypywać mnie płatami rumianku, polewać mą głowę jakimiś pięknie pachnącymi płynami. Podczas tego rytuału usnęłam.

Obudziłam się nagle, gdy coś mokrego przylgnęło do mej twarzy. Odwróciłam się gwałtownie. Miś tez odskoczył. Był to mój przyjaciel – Gaurre.
- Gaurre! Miło cię widzieć! – powiedziałam. Gdy mrugnęłam, coś ukazało się mym oczom wewnętrznym. Opuściłam powieki i skupiłam się. Ujrzałam znów cały rytuał, ale teraz już oczami jakiegoś ptaka. Nie widziałam Wielkiej Pani. Jednak na moim czole zaczęły pojawiać się krople. Niebawem moje włosy stały się mokre. Z nieba zaczęły spadać na mnie płatki kwiatów. Na moim czole pojawiał się ślad krwi. Ktoś ciął moją skórę jakimś ostrym narzędziem, podczas gdy ja spałam. Z dokładną precyzją coś... a może ktoś nakreślał na mym czole znak orła. Wizja się skończyła. Pobiegłam do strumienia by się przejrzeć. Rzeczywiście – miałam bliznę w kształcie orła. Znaczyło to, że zostałam służebnicą powietrza.

Nie widziałam już więcej mej babki. Ale wiedziałam, że jest mi pisane jeszcze się z nią spotkać. Siedziałam w grocie pod wodospadem i czytałam starożytne runy. Babka nauczyła mnie, jak mam jak to robić. Wzięłam więc wodę ze strumienia i nalałam ją do miseczki. Postawiłam ja na kamiennej posadzce. Przed miseczka położyłam runę. Dookoła poukładałam długa trawę zwiniętą na kształt delikatnej liny. Tworzyła ona krąg, w środku którego było pismo. Zapaliłam trawę i zaczęłam sypać w ogień majeranek. Zapach ziół był dokładnie wyczuwalny w powietrzu. Iskry trzeszczały, gdy listki zbliżały się do płomienia. Woda zaczęła parować. Dotknęłam jej tafli i narysowałam w powietrzu okrąg zaraz nad tym uplecionym z trawy. Wola podążała za mym palcem. Pstryknęłam. Strumień wiszący w powietrzu opadł gasząc płomień.

Moje zajęcia właśnie tak wyglądały co dnia. Czasem popołudniami wychodziłam nad rzekę, by sterować wichrem. Zwoływałam chmury, a któraś z czarownic z osady tworzyła deszcz. Pewnego dnia jednak miałam wizję. Ukazał się mym wewnętrznym oczom Filip i tamten dzień, w którym się spotkaliśmy. Potem ukazał mi się Filip, jednak już dorosły. Znałam miejsce, w którym przebywał. Był w lesie. Miałam okazję znów się z nim spotkać. Wybiegłam szybko z groty w momencie, gdy przemoczony Gaurre wracał doń z rybą.
- Przepraszam. Muszę wyjść. Popilnuj domu. – rzekłam w swoim języku, a niedźwiedź posmutniał nieco. Pocałowałam go w nos i stanęłam przy wyjściu z groty. Dotknęłam powierzchni wodospadu i woda się rozstąpiła pozwalając mi wyjść suchej. Tupnęłam dwa razy prawą nogą dwa razy lewą i dotknęłam bosą stopą wody. Mogłam teraz przebiec po jeziorze nie mocząc nic poza stopami. Pędem puściłam się w kierunku lasu. Prułam przez osadę niby wiatr i przemknęłam przez grotę, nie zapalając ognia. Znalazłam się po drugiej stronie lasu. Nie był on tak piękny, jak tamta część, ale tez miał swoje uroki. Tu nie chadzały niektóre zwierzęta takie jak na przykład Gaurre. Wdrapałam się na drzewo, bo wiedziałam, że właśnie koło niego będzie przechodził Filip. Naraz ukazał się młodzieniec. Widziałam, że to on. Pomyślałam: „Jeszcze się spotkamy!”. On przystanął.
- Kto to powiedział? – zapytał melodyjnym głosem w mowie ludzi. Język ten stał się dla mnie tak obcy, że nie zrozumiałam go w pierwszej chwili. Jednak szybko wygrzebałam z pamięci pasujące słowa i odpowiedziałam:
- Witaj Filipie.
Zaczął się rozglądać. Zeskoczyłam z drzewa. Odwrócił się gwałtownie. Wyprostowałam się.
- Kim jesteś piękna damo? – zapytał pełen podziwu. Trwałam chwilę w milczeniu, by odszukać swe imię i ułożyć odpowiednie zdanie.
- Jestem Faustyna... Spotkałeś mnie jak dawno temu. Tak dawno temu – skorygowałam się szybko.
- Ach to ty jesteś tą dziewką, którą widziałem, jak miałem siedemnaście lat! Jesteś urocza. W głębi duszy wiedziałem, że się jeszcze spotkamy. Przychodziłem co dzień do ciebie, twoja babka mówiła, żeś wyjechała. Gdzieżeś się podziewała, pani?
- Byłam w lesie. Służyłam matce. Zwoływałam wichry.
- Co robiłaś, pani?
- Zwoływałam wichry.
- Widać, żeś w lesie spędziła bardzo dużo czasu. Jesteś wyniszczona i na dodatek masz jakąś paskudna bliznę na czole. – wskazał na orła.
- Nie. To nie zwykła blizna! – zakrzyknęłam. – Spojrzyj lepiej! To orzeł! Znal przynależności do osady!
- Co? Jakiej osady? Kobieto, zastanów się, co mówisz! Pobyt w buszu chyba odebrał ci rozum.
- Ależ skąd! – nie ustawałam i trwałam przy swoim. – Pokażę ci! Chodź! – krzyknęłam łapiąc go za rękę i ciągnąc w stronę groty. Mozolnie i z lekkim przerażeniem podążył za mną.
- Widzisz, ja jestem matematykiem i u mnie, w moim rozumie...
- Dlaczego u ciebie? Dlaczego ty? Dlaczego ciągle wskazujesz tylko na siebie? – nie wytrzymałam i nagły wybuch sprawił, że Filip zmieszał się, jak za pierwszym razem, gdy się spotkaliśmy. – Nie widzisz? Tego nie da się wytłumaczyć matematyką! Nasza matka daje nam moc!
- A nie ojciec przypadkiem? – zapytał sucho.
- Ojciec panuje nad harmonią.
- Jakże to? Bóg panuje tylko nad jakąś harmonią? Przecież On jest Stwórcą świata! - w jego głosie dało się wyczuć pouczenie oraz nieco oburzenia.
- Ależ o jakim bogu ty mówisz? O waszym Bogu? A cóż on wam takiego daje? – zagłębialiśmy się jeszcze bardziej w tunel, by niebawem dojść do miejsca, gdzie był mały stos. Zapadła cisza. Wyszukałam kopczyk drewienek i położyłam na nich ręce. Skupiłam się bardzo i pomyślałam, że ogień już goreje. Niebawem po mych ramionach przebiegły iskry i wkrótce cały stosik zapłonął. W oczach Filipa malowało się nie tylko niedowierzanie, ale także strach.
- Nie masz się czego bać. – rzekłam, kładąc mu rękę na ramieniu. – Czyż wasz Bóg daje wam takie moce?
- Nie. Ale twoje moce pochodzą od szatana. – powiedział i szybko odrzucił mą rękę.
- Nie! – tupnęłam bosą nogą. – Od matki! Od matki Viali! Ona daje nam moc!
- Odejdź ode mnie, służebnico szatana! – krzyknął i wybiegł z jaskini. W pierwszym momencie chciałam za nim gonić, jednak zaraz powstrzymałam się. Łza mimowolnie popłynęła po mym policzku. Miast radości z długo oczekiwanego spotkania ogarnął mnie smutek. Wyszłam do osady ze spuszczoną głową. Skłoniłam się posągom matki i ojca. Odeszłam do swego domu. Nagle usłyszałam głos. Głos w mej głowie.
- Córko moja. Nie poddawaj się. Walcz o niego!
Był to głos babki. Radość znów wstąpiła w me serce. Odwróciłam się i pobiegłam w stronę jej domu. Ale nagle znów przystanęłam, słysząc radę:
- Stój, dziecię. Nie możesz się we wsi tak pokazać. Wystarczy, żeś już nabroiła, chcąc pokazać mu swe umiejętności i zdradzić położenie osady. Weź tę narzutę.
Nie wiem dlaczego schyliłam się w ciemnościach i moja ręka dotknęła miękkiego, ciepłego materiału. Podniosłam go i wszyłam z groty. Nałożyłam na siebie narzutę, a na głowę położyłam szal, który także znalazłam w jaskini. W takim stroju szłam do wsi. Jednak spod brązowego, wełnianego koca wystawał spory kawał szaty - białej niegdyś, teraz już znoszonej i nieco brudnej. Jednak szłam. Zdziwiłam się, jak bardzo zmieniła się wieś. Przebiegała teraz przez nią droga, po której jechały samochody, terkocząc i wydzielając niemiły zapach. Zakręciło mi się w głowie. Miałam ochotę rozwiać wszystkie opary wydostające się z wielkich kominów czy też z fabryk. Ale wiedziałam, że nie wolno mi tego zrobić. Doszłam do domku babci, który nie zmienił się nic od mego wyjścia. Rozmawiałyśmy długo, a gdy już miałam wychodzić, ktoś zapukał do drzwi. Szybko wstałam i wyręczając starą i schorowaną babkę otworzyłam.
- A cóż to za piękna pani siedząca w kocach? Czyżby wnuczka naszej pani Diany? – miły głos staruszki dobiegł do mych uszu. Widać stosunki z sąsiadami polepszyły się, odkąd babka przestała uprawiać magię.
- Tak jam to. Kimżeś jest moja pani? – zapytałam już płynniej.
- Jestem Helena. Sąsiadka od dawien dawna. – rzekła, wchodząc do domu. Nagle złapałam się za skronie. Znów miałam wizję. Ujrzałam w niej, że kobieta ta, to matka Filipa.
- Co ci, dziecko? – zapytała.
- Nie nic. Głowa tylko mnie rozbolała. – wiedziałam, jak ludzie reagują na magię. – Pójdę już babciu. Żegnaj.
- A gdzie ty mieszkasz? – zapytała Helena, ale ja nie odpowiedziałam, zamykając drzwi. Wbiegłam do lasu, a gdy się już tam znalazłam zrzuciłam z siebie narzuty i puściłam się pędem do mojej jaskini. Gdy zdyszana przebiegłam przez jezioro, Gaurre spał. Zdjęłam z siebie białe szaty i wyprałam je w jeziorze. Tunikę także. Siedziałam naga przy ognisku rozmyślając.

Minęło kilka dni, nim znów miałam wizję. Zobaczyłam w niej jak Filip jako nauczyciel matematyki siedział przy ognisku ze swoją klasą. Teraz był czas, by zrobić to, co poleciła babka. Ustawiłam w jaskini spory krąg z drwa i stanęłam pośród niego trzymając garść osuszonego piachu w ręce. Zaczęłam wymawiać słowa w naszym języku i niebawem drewna się zapaliły, a ja stojąc w kręgu ognia, zaczęłam powoli wysypywać pach z dłoni. Nagle ujrzałam to, co działo się przy ognisku. Stałam tuż przed Filipem.
- Witaj. – rzekłam, a nikt prócz niego mnie nie usłyszał mnie, ani nie spostrzegł. On sam zobaczył, że stałam w ognisku. Przeraził się bardzo. Ale ja nie miałam wiele czasu. Babka powiedziała, że gdy wysypie się ostatnie ziarno piachu, zniknę mu sprzed oczu i ogień zacznie się mnie imać. Szybko więc wytłumaczyłam mu, gdzie jestem i kiedy ma przyjść. Poczułam, że nagle zrobiło mi się niezmiernie gorąco. Obraz znikł mi sprzed oczu, a ja zaczęłam płonąć. Szybko przeskoczyłam przez ścianę gorąca i wskoczyłam do jeziora w szatach. Nagle coś przykuło moją uwagę. Na dnie jeziora leżało coś, co odbijało blask księżyca. Podpłynęłam tam. Zaczęło mi brakować powietrza. Obróciłam się dookoła własnej osi z ręką wyciągniętą przed siebie. Gdy zrobiłam pełny obrót, woda zaczęła wirować i rozstąpiła się. Stałam w ogromnym lejku i mogłam oddychać. Byłam na suchym gruncie. Dokoła mnie wirowała woda, a ja mogłam spokojnie podnieść ów przedmiot. Był to naszyjnik z pięknym kamieniem na rzemieniu. Zawiesiłam go na szyi i dotknęłam wirującej wody. Fala zalała mnie, gdy już miałam nabrane powietrze. Wypłynęłam na powierzchnie i weszłam do środka. Drwa się już wypaliły. Zdjęłam znów szaty i powiesiwszy je, ułożyłam się do snu i przykryłam kocem. Rano obudził mnie świergot ptaków. Szata już wyschła. Nałożyłam ja na siebie i wyszłam z groty. Napiłam się wody i poszłam do lasu nazbierać sobie czegoś do jedzenia. Gdy napełniłam brzuch na tyle, iż nie czułam głodu, wyszłam na skałę, z której spływał wodospad i przywołałam lekki, ciepły wiatr. Niebawem pojawił się Filip. Nieśmiało wyszedł z lasu. Jednak nie z tej części, gdzie była nasza osada. Zamachałam mu ręka w sposób sugerujący, iż ma podejść. Niebawem stał koło mnie.
- Wiedziałam, że przyjdziesz.
- Przemyślałem to sobie. To jest fascynujące. Pojawiłaś się jako jakiś zwid wieczorem w ogniu.
- Nie byłam zwidem. Stałam tam. Prawdziwa ja.
- I ty twierdzisz, że nie jesteś służebnicą szatana?
- Nie jestem! – powiedziałam dosadnie.
- Więc co? Twierdzisz, że nie ma Boga?
- Jest! Owszem! Ale on nie daje mocy! To matka i ojciec obdarzają nas mocą! Pokażę ci! – rzekłam i wzniosłam ręce ku niebu. Zakręciłam się kilka razu dookoła i stanęłam w powietrzu. Zaczęłam kroczyć jak po schodach. Wyciągnęłam do niego ręce.
- Pójdź.
- Nie poddam się czarom szatana.
- To nie czary szatana! To magia natury dana mi przez matkę! – zeszłam nieco niżej. Uśmiechnęłam się szeroko. Minęła dość długa chwila milczenia zanim Filip zgodził się podać mi rękę. Chwyciłam ją mocno i pomogłam mu wejść na pierwszy stopień. Nie udało mu się.
- Musisz uwierzyć, że to nie pochodzi od szatana!
- Widzisz? Bóg chroni mnie od wejścia na te przeklęte schody!
Powiedzieliśmy nasze kwestie równocześnie. Nagle przy mrugnięciu znów miałam wizje. Szliśmy razem po tych schodach z powietrza.
- Wejdziesz. Tylko uwierz. Zaufaj. Jeśli nie matce to mnie. – rzekłam i uśmiech znów zagościł na mojej twarzy. Znów złapał za rękę i wszedł. Tym razem udało mu się stanąć na schodach. Biegliśmy nieco pod górę, a następnie prosto pruliśmy przez przestworza, biegnąc po powietrzu w chmurach. Niebawem znaleźliśmy się zaraz nad osadą. Nikt nie zwrócił na nas większej uwagi. Pokazałam mu wszystko i wytłumaczyłam. Słuchał uważnie i miałam nadzieję, że uwierzy wreszcie. Nagle popatrzyłam na niego w tym samym momencie co on na mnie. Zbliżył się do mnie. Jednak wiedziałam, że nie mogę na to pozwolić. Odwróciłam głowę.
- Muszę mieć nad tym kontrolę, bo inaczej oboje spadniemy w dół. Chodź do mnie. – wstałam z pozycji klęczącej i zaczęłam biec z uśmiechem na ustach powrotem. Filip poderwał się i szybko zaczął mnie gonić. Gdy dobiegł złapał mnie za rękę. Radość rozrywała moją pierś. Biegliśmy szybko w powietrzu. Nagle zwolniliśmy w tym samym momencie.
- To cud widzieć takie piękno... – powiedział rozmarzonym głosem patrząc na horyzont. Nagle przeniósł wzrok na mnie. – To cud widzieć takie piękno w tak nietypowym miejscu... – powtórzył.
- Czy dalej myślisz, że to pochodzi od szatana?
- Nie chcę o niczym teraz myśleć. – jego silne ramiona chwyciły mnie i uniosły w górę. Zaczął lekko biec trzymając mnie w powietrzu.

Postawił mnie dopiero na ziemi przed jeziorem.
- Gdzie mieszkasz? – zapytał rozglądając się po okolicy. – Nie widzę tu twego domu.
Tupnęłam dwa razy prawą i dwa razy lewą nogą i stanęłam na wodzie. Pobiegłam do wodospadu i dotknęłam wody. Rozstąpiła się ukazując mi wejście.
- Tu jest mój dom.
Patrzył z podziwem i z lekkim niedowierzaniem. Jednak zaraz na jego ustach zagościł uśmiech i wskoczył do wody. Podpłynął i wynurzył się w mojej jaskini. Weszłam.
- Myślę, że chyba trzeba wysuszyć moje ubranie. – rzekł z lekkim zabarwieniem śmiechu. Zbliżyłam się do niego. Objął mnie mocno. Nasze wargi przylgnęły do siebie. Poczułam jakiś ścisk w brzuchu i ciepło rozchodzące się po całym moim ciele. Przytulił mnie swoimi jeszcze mokrymi rękami. Podczas tego pocałunku zakręciło mi się w głowie. Miłe ciepło rozpaliło mnie całą a ścisk w brzuchu przerodził się w bezwład. Moje ręce mimowolnie zacisnęły się na jego plecach. Czułam, że mogłabym tak trwać wieki. Powoli oderwał usta od mych warg. Zaczął zdejmować ze mnie szatę.

Rano obudziłam się pierwsza. Wstałam, ubrałam się i przykryłam Filipa kocem. Wyszłam lekko z groty i wolnym, rozmarzonym krokiem ruszyłam w stronę lasu. Gdy nazbierałam do własnoręcznie uplecionego kosza jadalne grzyby i inne rośliny do jedzenia, zerwałam bukiet pachnących lilii wodnych, rosnących w pobliżu jeziora. Weszłam do groty. Filip jeszcze spał. Gaurre nie pojawił się ani wczorajszego wieczoru, ani w nocy, a teraz tez go nie było. Zaczęłam się trochę niepokoić. Zmówiłam modlitwę do matki podczas układania bukietu. Zaraz po tym zabrałam się do przyrządzania śniadania. Zapach lilii i jedzenia był widać tak mocny, że obudził Filipa.
- Witaj. – powiedział szeptem.
- Witaj. Ubierz się. Ubranie prawie wyschło.
- Cóż to jest? – zapytał wskazując na jajka gotowane w kamiennej misce i inne dania.
- Śniadanie. – uśmiechnęłam się. Na jego twarzy też pojawił się uśmiech. Niebawem jedliśmy śniadanie. Po skończonym posiłku ubrał się, a ja oprowadzałam go po okolicy, opowiadałam o matce i ojcu, o babce, o sobie. Następnie siedzieliśmy nad rzeką przy wodospadzie i rozmawialiśmy.

Minęło wiele dni. Cały czas mieszkał u mnie. Kochałam go, a on mnie. Często rozkoszowaliśmy się sobą, rozmawialiśmy i chodziliśmy na spacery. Wcale nie przeszkadzało mu życie na odludziu. Nie chciał wracać do miasta. Pewnego dnia miałam widzenie. Zobaczyłam babkę leżącą na podłodze w kuchni swego domu. Jej klatka piersiowa nie ruszała się. Wyraz jej twarzy był pogodny, choć nie jak zawsze radosny. Mądre, piwne oczy patrzyły na mnie. Niebawem weszła jedna z czarownic z osady i zabrała babkę do ogrodu. Wykonała kilka gestów i zapadły się pod ziemie. Widzenie się skończyło. Zostawiłam gotowanie obiadu i wybiegłam z groty. Na pożegnanie rzuciłam tylko jakby sama do siebie
- Babka...
i ruszyłam w stronę osady. Filip wyszedł za wodospad, by zorientować się, w którą stronę pobiegłam. Ruszył za mną. Nie zdołał mnie jednak dogonić. Gnałam z prędkością wiatru. Jak grom przebiegłam przez cały las i znalazłam się w osadzie. Wszystkie kobiety były ubrane w czarne szaty. Babka leżała na tym samym stole co ja podczas naznaczania. Leżała w tej samej pozycji co w mojej wizji. Szybko poszłam do domku gdzie trzymane były szaty i przebrałam się w czerń. Grzebałyśmy już nie jedną osobę, wiec znałam ten obrządek. Najpierw były śpiewy, następnie Wielka Pani lała oleje. Najbliższa sercu zmarłej osoba miała spalić zwłoki. Popiły zamykało się w drewnianej skrzynce i wkładało do dołu. Wielkim głazem zawalałyśmy dziurę i pisałyśmy imię osoby zmarłej. Cmentarzysko liczyło już setki takich grobów. Kolejny miał być grobem mej babki. Z trudem wstrzymywałam łzy. Nie mogłam śpiewać. Łzy same spływały po mych policzkach. Nagle delikatny strumyk oleju polała się z powietrza na czoło Diany. Wiedziałam, że o Wielka Pani. Gdy całe ciało było zlane oliwą, ułożono stos drwa pod ołtarzem. Tego jednak nie zwilżano olejami. Na skraju plany kątem oka ujrzałam Filipa, jednak nie mogłam nic zrobić. Trzeba było podpalić zwłoki. Podeszłam i dotknęłam drewien ułożonych u stóp zmarłej. Po mych ramionach przebiegły iskry i niebawem zwłoki płonęły. Odsunęłam się i złapałam za rękę czarownicę, która była najbliżej. Zaczęłyśmy krążyć wokół ołtarza i śpiewać żałobną pieśń. Niebo pociemniało i czarne chmury zebrały się na nim. Słońce przemieniało się powoli w cień. Niebawem znikło całkowicie z nieba i zaległy ciemności. Nikt tego nie powodował. Ojciec i matka sami się smucili, że odeszła kolejna czarownica i ich służebnica. Wielka służebnica, moja pierwsza nauczycielka i zarazem ktoś najbliższy memu sercu od dziecięcych lat. Róże, tulipany i inne kwiaty w ogrodzie osady sczerniały. Gdy zwłoki spaliły się, z nieba zaczął padać gęsty deszcz, który ugasił płomień. Przesypałyśmy prochy do urny i przeniosłyśmy na cmentarz. Jedna z czarownic podeszła do pustego placu i narysowała okrąg. Niebawem zaczął tworzyć się dół. Słońce już pojawiło się na niebie w normalnej postaci jednak zaraz chmury zaczęły je okalać. Gdy urna znalazła się w ziemi, ta sama czarownica zasypała dziurę i stworzyła zakrywający, duży, płaski kamień. Podała mi patyk, a ja zaczęłam pisać na pokrywie imię mej babki. Gdy napis pojawił się na kamieniu, wszystkie rozeszłyśmy się. Po śmierci babki długo się nie mogłam pogodzić z tym, jednak Filip pocieszał mnie, jak tylko umiał. Przez wzgląd na niego i na zmarłą wzięłam się w garść i powiedziałam sobie, że przecież nie moje życie się skończyło.

Minęło jeszcze wiele miesięcy i w końcu nadszedł czas, w którym miałam zrodzić dziecię dane mi przez matkę. Było to moje i Filipa dziecko. Wiedziałam, że będzie to dziewczynka. Tak przecież musiało być. Przyszło na świat w mojej grocie. Filip, już ówczesny mój mąż, pognał szybko do osady powiadomić jakąś czarownicę, że rodzę. Wyparł się on mocy Boga, zrozumiawszy jak wielką siłę ma matka i ojciec. Dziewczynce dałam na mię Róża. Wychowywałam ją razem z Filipem. Dziecko nasze bawiło się z Gaurre. Była szczęśliwą i pogodną dziewczynka. Jak każda kobieta naszego rodu miała ona czarne kręcone włosy i piwne oczy. Cały czas wiedziała, czym się zajmuję i zawsze mi towarzyszyła. Gdy ukończyła szesnaście lat, stałam się jej nauczycielką. Przekazałam jej wiedzę całą, jaką tylko posiadałam. Także stała się służebnicą powietrza. Wraz z Filipem i Różą spędziłam najszczęśliwsze lata swego życia.

Pewnego jednak dnia znów miałam wizję. Leżałam na łożu wraz z Filipem. Róży nie było w domu. Patrzyliśmy sobie w oczy. Na moim czole było widać krople potu. Miałam wysoką gorączkę. Majaczyłam. Filip przezywał to samo. Róża widać poszła po zioła lecznicze, by złagodzić naszą chorobę. Jednak gdy weszła trwaliśmy już w ostatnim pocałunku, a gdy oderwaliśmy nasze usta, zamknęliśmy oczy. W tym momencie stało się jasne: niebawem czeka nas właśnie taka śmierć. Nie czekaliśmy na nią długo. Niebawem zapadłam na straszliwą chorobę. Plułam krwią, dusiłam się, miałam wysoką gorączkę. Zachorował również Filip. Szczęśliwym trafem Róża odparła atak choroby i opiekowała się nami długo. Niebawem ma nadejść ten dzień. W ostatnich czasach miałam wiele wizji. Widziałam ciebie. Czytasz właśnie mój dziennik, znaleziony w grocie niedźwiedzia pod wodospadem - starą książkę. Widziałam także mą wnuczkę. To ona jako ostatnia ma właśnie mięć dziecię, które starci wszelką moc. Wiem, że to wszystko wydaje Ci się niemożliwe, ale uczyń z tym przedmiotem tak, jak właśnie robiła to moja baba Diana. A teraz żegnam. Właśnie przed chwilą miałam ostatnią wizję. Wiem teraz, że już nic więcej nie napiszę w tym dzienniku.

Pokrzyk.
komentarz[9] |

Komentarze do "Z dzienniczka..."



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.


© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Kerm
Engine by Khazis Khull based on jPortal


   Sonda
   Czy ewolucja idzie w dobrym kierunku?
Jasne, tylko tak dalej.
Nie mam zdania.
Nie wszystko mi się podoba, ale
Nie widzę potrzeby.
To krok wstecz.
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   Bogowie greccy
   Fantasy jako ...
   Przeznaczenie
   Apokalipsa 20...
   Wilkołaki
   Bogowie grecc...
   Legenda o kró...
   Chupacabra
   Egipscy Bogow...
   Inspiracje ku...

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.034965 sek. pg: